Strona głównaMagazynWesoła prohibicja. Jak głupie przepisy zamieniły Warszawę w miasto pełne melin i...

Wesoła prohibicja. Jak głupie przepisy zamieniły Warszawę w miasto pełne melin i „pogotowiarzy”

-

- Reklama -

Zakaz sprzedaży alkoholu w całej stolicy nie ograniczył konsumpcji napojów wyskokowych. Zamiast tego doprowadził do rozkwitu biznesu obchodzącego idiotyczne przepisy. Sprawa pokazuje, jak kończy się socjalistyczna ingerencja państwa w wolność osobistą.

1 czerwca 2026 w całej Warszawie zaczęła obowiązywać nocna prohibicja. Na terenie całego miasta w godzinach 22.00–6.00 nie można już kupić butelki z napojem zawierającym choćby najmniejszą ilość alkoholu. Na półach z takimi napojami pojawiły się gigantyczne ogłoszenia o zakazie sprzedaży, czynne wcześniej lodówki są zamykane na klucz. Władze Warszawy chwalą się wielkim sukcesem w poprawie poziomu bezpieczeństwa i walce o zdrowie Polaków. Sukcesy są oczywiście patykiem na wodzie pisane. Nie ma bowiem żadnych przesłanek, które wskazywałyby na to, że nagle w Warszawie zrobiło się bezpieczniej. Na pewno stało się śmieszniej. Ale drożej.

- Reklama -

Pogotowie alkoholowe

Napoje wyskokowe można bez skrępowania kupować od godziny 6 do 22 i to zarówno w sklepach, restauracjach, jak i na stacjach benzynowych. Kto więc chce być pewien, że się napije, musi się zaopatrzyć w tym przedziale czasowym. To z kolei rodzi pokusę, by nabyć alkohol na zapas. Ktoś, kto chce wypić sobie piwo lub dwa, domyśla się, że jeśli będzie chciał więcej, będzie musiał obejść się smakiem. Profilaktycznie więc kupuje „na zapas”. To sprawia, że Polacy – zamiast kupować mniej – kupują więcej. Może istotnie statystyki dotyczące sprzedaży w godzinach nocnych zbliżają się do zera, ale za to w godzinach „legalnych” wzrosły.

Takie zjawisko ma jeszcze jedną złą stronę: skłania Polaków, by pić więcej. Kto chciał wypić dwa piwa, ale kupił sobie cztery – wypije cztery. Po co je chować w lodówce, skoro rano będzie można pójść do sklepu i kupić nowe? Wszystko więc wskazuje na to, że poziom pijaństwa wśród Polaków – zamiast spaść – wzrośnie.

Prohibicja stworzyła też nowe zjawisko. To tzw. „pogotowie alkoholowe”. To usługa polegająca na możliwości przywiezienia do domu klienta butelek alkoholu – właśnie w godzinach nocnych. Wystarczy wejść na fora internetowe i poczytać wypowiedzi zarówno sprzedających, jak i kupujących. Wszyscy są zgodni, że jest to gigantyczny biznes. Weźmy ceny: za butelkę piwa z dostawą zapłacić trzeba od 11 do 25 złotych, za wino od 50 do 120. To znacznie drożej niż w godzinach dozwolonych. Nakręca się więc biznes „pogotowiarzom” (określenie z forum dyskusyjnego na FB). Tym ostatnim trudno się dziwić. Wykorzystują z zyskiem głupotę opresyjnego państwa i ludzką chęć do konsumpcji – cóż w tym złego? Kto chce się napić w godzinach prohibicji – zawsze znajdzie na to sposób (znalezienie telefonu „pogotowiarza” w internecie zajmuje kilka sekund).

Przynosi to więc skutki odwrotne od zamierzonych. Po pierwsze: kto dotkliwie odczuje nocny zakup piwa czy wina, na własnej kieszeni będzie miał motywację, by więcej nie korzystać z usług pogotowia alkoholowego. Czyli np. zaopatrzyć się wtedy, gdy sprzedaż jest dozwolona i kupić „na zapas” więcej. W dalszej perspektywie oznacza to, że Polacy kupować będą więcej napojów wysokoprocentowych, a nie mniej.

„Szara strefa”, czyli PRL-bis

W okolicy, w której mieszkam, prohibicyjny kretynizm wytworzył też drugie zjawisko – szarą strefę alkoholową. Przykład: w całodobowym sklepie o 22 kończy się możliwość legalnej sprzedaży alkoholu. Sprzedawca ma więc prawo odprawić kwitkiem tego, kto alkohol chce kupić. Odprawi wszystkich z wyjątkiem znajomego Zdziśka. Zdzisiek (gdy innych klientów nie ma) bierze z półek tyle alkoholu, ile potrzebuje. Rozlicza je – co do jednej butelki – następnego dnia rankiem w taki sposób, aby w kasie wszystko się zgadzało co do jednego grosza. Rankiem też właściciel sklepu nabija towar na kasę fi skalną. W dokumentach wszystko się zgadza: w godzinach prohibicji nie sprzedano ani jednego piwa (za to między 6.00 a 6.05 zeszło 600 butelek).

Kto więc na tym zarabia? Zdzisiek, który dogadał się ze swoim znajomym właścicielem sklepu. Inaczej mówiąc: aby móc spokojnie kupić alkohol, trzeba mieć „dojście” do kierownika sklepu. Przypomina to więc zakupy mięsa w czasach PRL. Taki „układ” przynosi zyski wszystkim zainteresowanym. Właściciel sklepu sprzeda towar, więc zarobi (a kolega za przysługę jeszcze mu trochę dorzuci), zaś pośrednik sprzedaje każdą butelkę z marżą nawet 300 procent. Kto przecież nocą ma wielką ochotę napić się piwa – zapłaci każdą cenę.

Problemy bez sensu

Kto chce nocą napić się alkoholu, ma jeszcze jedno rozwiązanie: może wyjechać poza strefę obowiązywania prohibicji. W Warszawie teoretycznie piwa nie da się nocą nigdzie kupić. Ale pod Warszawą już jak najbardziej. Wystarczy przekroczyć granice miasta i można spokojnie dać upust swoim konsumenckim przyzwyczajeniom. Oczywiście tam, gdzie lokali socjaliści z rad miasta też nie wprowadzili prohibicji. To prowadzi do takiego absurdu, że dwie stacje benzynowe – położone w bliskiej odległości od siebie – muszą działać według różnych przepisów. Na jednej o godzinie 22 szafki z alkoholem są zamykane, na drugiej zaś pracują pełną parą. To motywuję kierowców, żeby jeździć na tę drugą stację. Po powrocie do domu z długiej drogi można bowiem i zatankować paliwo, i przy okazji kupić coś mocniejszego. W ten sposób jeden właściciel stacji traci gigantyczne pieniądze – drugi jego kosztem zarabia. A wszystko przez to, że ten drugi szczęśliwie nie prowadzi biznesu na terenie rządzonym przez socjalistów.

W dalszej perspektywie może to prowadzić do pozwów o dyskryminację. Konstytucja gwarantuje bowiem każdemu równość wobec prawa. A co to za równość, jeśli jeden może nocą sprzedawać alkohol, a drugi nie? Nie należy się więc dziwić, jeśli polskie sądy zaczną być zalewane tysiącami pozwów od właścicieli sklepów i stacji paliw, którzy będą argumentować, że państwo lub samorząd nie pozwala im prowadzić biznesu, podczas gdy pozwala innym.

Ostatnie zjawisko ma też negatywny skutek: wzrost pijaństwa na drodze. Ktoś, komu brakuje piwa (bo np. wypił wszystkie butelki, które miał, a chce więcej), ale przyzwyczaił się, że może je kupić za rogiem, teraz musi po nie pojechać kilka kilometrów. Staje więc przed pokusą, by wsiąść pod wpływem alkoholu za kierownicę i pojechać. W ostatnich miesiącach policja alarmuje o statystykach dotyczących zatrzymanych pijanych kierowców. Warto byłoby zbadać, ilu z nich jedzie „na podwójnym gazie”, bo nie mogło kupić piwa w sklepie za rogiem.

Meliny

Ta sytuacja będzie miała jeszcze jedną konsekwencję: rozwój melin. Melina to zjawisko znane z czasów PRL. Polega na otwarciu punktu sprzedającego alkohol nielegalnie. W czasach PRL w melinach (nie miały koncesji na sprzedaż alkoholu) gromadziła się społeczna patologia, by pić. Tylko patrzeć jak powstanie szereg melin, w których będzie się spożywać alkohol, gwiżdżąc na wszelkie przepisy.

Wielkie obchodzenie

Gdy głupie, antywolnościowe przepisy zaczęły wchodzić w życie, przedsiębiorczy Polacy, zaczęli, jak zwykle, szukać sposobów, aby je obchodzić. „Pogotowie alkoholowe” jest tylko jednym z tego przykładów. Ma to jeszcze jedną złą konsekwencję. Jest to rosnący brak szacunku dla prawa. Prawo coraz mniej kojarzy się Polakom ze zbiorem zasad, których trzeba przestrzegać, a zaczyna się kojarzyć ze zbiorem głupot, które należy obchodzić. Po prawnym niewypale, jakim jest warszawska prohibicja, radni w miejscach, w których została ona wprowadzona, zapowiadają zaostrzenie przepisów, aby ukrócić funkcjonowanie „pogotowia alkoholowego”. To również przyniesie skutek odwrotny od zamierzonego. „Pogotowiarze” na pewno znajdą sposób aby i ten przepis obejść. Przedstawiciel branży w niepojętym przypływie szczerości już się tym zresztą pochwalił. „Zamiast butelki piwa, będzie można kupić inny przedmiot, np. długopis, a butelka będzie dodana gratisowo”. I wówczas przedsiębiorcy obejdą i kolejną głupotę.

Jak potężnym i bogatym krajem byłaby Polska, gdyby wszyscy ci ludzie wykorzystywali swój potencjał intelektualny dla wynalazczości, a nie dla obchodzenia durnych przepisów.

Najnowsze