Strona głównaMagazynCo się wydarzyło pod Monte Cassino? Ważna lekcja ceny, jaką narody płacą...

Co się wydarzyło pod Monte Cassino? Ważna lekcja ceny, jaką narody płacą za błędy wielkich dowódców

-

- Reklama -

Są w dziejach narodu takie chwile, które nie mogą zostać sprowadzone ani do szkolnego sloganu, ani do wygodnej legendy. Monte Cassino należy właśnie do tych wydarzeń: zapisanych krwią polskiego żołnierza, naznaczonych ofiarą, odwagą i niezłomnością, ale zarazem domagających się uczciwego namysłu. Patriotyzm nie polega bowiem na bezrefleksyjnym powtarzaniu utartych formuł, lecz na odwadze stanięcia po stronie prawdy — także wtedy, gdy jest ona bardziej złożona niż oficjalne opowieści. Dlatego warto raz jeszcze spojrzeć na bitwę o Monte Cassino nie tylko jak na symbol chwały oręża polskiego, ale też jak na ważną lekcję historii, polityki i ceny, jaką narody płacą za błędy wielkich dowódców.

Bitwa pod Monte Cassino to temat wciąż aktualny i wart odmitologizowania, bo prawda jest najważniejsza. Moim celem nie jest umniejszanie bohaterstwa polskich żołnierzy, ich poświęcenia ani krwi tam przelanej. Oczywiście jak każdy Polak mam ogromny szacunek dla tych ludzi za to, czego dokonali. Trzeba jednak pamiętać, że wokół tej wielomiesięcznej operacji – trwającej właściwie blisko pół roku – narosło wiele mitów i legend.

- Reklama -

To była jedna z najbardziej krwawych operacji II wojny światowej. Straty aliantów były gigantyczne i nie mówię tutaj tylko o Polakach, ale przede wszystkim o innych narodach, w tym o przykład o Nowozelandczykach, o żołnierzach hinduskich, nepalskich, wchodzących w skład armii brytyjskiej, czy żołnierzach sojuszniczych wolnych Francuzów, czyli tych kontyngentach żołnierzy pochodzenia arabskiego, pochodzących z Afryki Północnej, którzy także poniosą ogromną daninę krwi. Nie do końca, moim zdaniem, było to potrzebne i niezbędne. Błędy pod Monte Casino miały ogromny wydźwięk strategiczny, ponieważ strasznie opóźniły pochód wojsk alianckich na północ i sprawiły, że dużo, dużo później osiągnęły na przykład granicę Rzeszy Niemieckiej (wtedy była to południowa granica obecnej Austrii). To opóźnienie przyczyniło się np. do tego, że to nie alianci wyzwolili na przykład Wiedeń. Gdyby nie te błędy, być może nie doszłoby do aż tak wielkiej dominacji Sowietów w Europie Środkowo-Wschodniej. Nie winię tu polskich dowódców. Ale trzeba jasno powiedzieć o krótkowzroczności i głupocie dowódców amerykańskich i angielskich.

Cena błędów alianckiego dowództwa

Co właściwie tam poszło nie tak? Druga wojna światowa trwała już wtedy od kilku lat. W 1943 roku doszło do alianckiego desantu na Sycylię. Wyspa została opanowana, a jeszcze w tym samym roku alianci wylądowali we Włoszech. Anglosasi zeszli na ląd w południowej części kraju, w Kalabrii, i stopniowo posuwali się na północ. Jesienią 1943 roku natrafili jednak na potężną przeszkodę terenową w postaci pasma Apeninów. To jest potężny masyw górski przekraczający często 3000 metrów nad poziom morza. Na przestrzeni wieków ta przeszkoda, na wysokości mniej więcej Beneventu na południe i na północ od Neapolu, pozwalała bronić dostępu do Italii właściwej, do Rzymu. Każdy agresor, który postępował w Italii od południa, na przykład Arabowie w czasie średniowiecza, Normanowie, a wcześniej na przykład armie bizantyjskie pod wodzą Belizarjusza, które wyzwalały Italię spod władzy germańskich jeźdźców Ostrogotów, musiał forsować te straszliwe przeszkody. Tam zawsze budowano rubieże obronne, bo to jakby samo z siebie, z natury rzeczy, wspaniale się nadaje do obrony.

Niemcy o tym doskonale wiedzieli. Wycofywali się w świetnym porządku. Armie dowodzone przez Marszałka Polnego Luftwaffe Alberta Kesselringa zdawały sobie sprawę ze strategicznego znaczenia Dolin Rzeki, Liri, Rapido oraz wzgórz, które jakby flankują te doliny m.in. od miasteczka Monte Cassino, które jest u podnóża góry Cassino. Na szczycie tej góry znajduje się słynny klasztor – perła architektury i ważny pomnik naszej cywilizacji. Został założony przez świętego Benedykta z Nursji w VI wieku. To jeden z najważniejszych zabytków wczesnego chrześcijaństwa w zachodniej części Europy. W następstwie szalonych, barbarzyńskich rozkazów dowództwa anglosaskiego klasztor został zbombardowany i zrównany z ziemią. Był to akt niepotrzebnego zniszczenia obiektu o ogromnym znaczeniu dla chrześcijaństwa oraz całej cywilizacji europejskiej.

Niemcy wiedzieli, że ten, kto ma masyw Monte Cassino, dominuje nad okolicą. Kesselring zlecił doskonałemu specjaliście od umacniania Hansowi Besselowi zbudować głęboki pas umocnień nazwany linią Gustawa. Obejmowała ona między innymi Monte Cassino. Obsadą umocnień dowodził generał Oberst Heinrich von Wittenhoff. Rzucono tam najlepsze, co Niemcy i co niemiecka armia miała. Stacjonowały tam dwie doborowe jednostki lądowe Luftwaffe: pierwsza dywizja strzelców spadochronowych i pierwsza dywizja pancerno-spadochronowa Hermann Goering. Anglicy i Amerykanie zaczęli się zastanawiać, co robić w zaistniałej sytuacji. Droga na Rzym była de facto zaryglowana.

Wymyślono tak zwaną operację Żwir. Wysadzono desant w okolicach miasta Anzio. Była to próba ominięcia potężnej przegrody lądowej i górskiej. Wysadzenie wojsk właśnie powyżej tych umocnień, na północ, miało pozwolić przedrzeć się do Rzymu, omijając umocnienia linii Gustawa. Niemcom nie przyszło na myśl, że na taki kontrowersyjny pomysł zdecydują się Anglosasi. Zostali więc zaskoczeni założeniem przyczółku w ramach operacji Żwir. Niestety już po kilku dniach minął moment zaskoczenia i Niemcy zaczęli bardzo szybko ściągać znaczne siły, żeby aliantów po prostu zepchnąć do morza.

Amerykanie wpadli w coś na kształt paniki. Zaczęli walić głową w mur, próbując ratować wojska zgrupowane wokół Anzio. Uderzali na umocnienia, które Niemcy budowali przez wiele miesięcy. Wysyłano kolejne dywizje wojsk sprzymierzonych, które frontalnie atakowały słynne wzgórza. Wzgórz było kilka. Amerykanie próbowali przebić się frontalnym natarciem, w tym także zmasowanym atakiem pancernym, co w warunkach górskich miało niewielki sens. Niemcy doskonale wykorzystali te nieprzemyślane posunięcia i za pomocą obrony przeciwpancernej, moździerzy oraz dobrze przygotowanych pozycji dosłownie rozstrzeliwali Amerykanów i ich sojuszników. Niestety Amerykanie, co już w ogóle woła o pomstę do nieba, postanowili ponowić ataki na linii Gustawa, usiłując sforsować nurt tak zwanej rzeki Rapido (po polsku byśmy powiedzieli Bystra) i tam zdobyć leżące po drodze niewielkie miasto Cassino. Natomiast rzeka Rapido nieprzypadkowo ma taką nazwę. Stała się ona straszliwą pułapką dla tych wojsk.

Tam najpierw rzucono Polaków z samodzielnej kampanii komandosów pod dowództwem majora Smrokowskiego oraz brytyjską 56 dywizję piechoty. Atakujący ponieśli straszliwe straty. Generalnie forsowanie rzeki Rapido to była hekatomba, masakra. Rzeka jest bardzo wąska, ale równocześnie bardzo głęboka i rwąca. Prawy jeden brzeg jest bardzo wysoki, jest tam skarpa, która sprawiała, że niemieccy snajperzy, którzy natychmiast się tam ulokowali, po prostu mieli okazję do popisu. Nadchodziła wiosna. Rzeka wezbrała…

Stanowiła ona praktycznie przeszkodę nie do przebycia. Główne umocnienia niemieckie znajdowały się na wysoko położonym terenie, około 1000 metrów za jej zachodnim brzegiem. Żołnierze ginęli w nurtach rzeki, prąd porywał gumowe łodzie, ogień artylerii niemieckiej zrywał improwizowane mosty. Alianci próbowali osłaniać się pociskami dymnymi, żeby ich nie było widać. Niestety zasłona dymna uniemożliwiała wskazywanie celów własnej artylerii. Niemieccy strzelcy wyborowi, podpełzali pod osłoną dymu bliżej, dzięki czemu mogli łatwiej strzelać…

Przykładowe straty w ciągu jednego tylko dnia w 36 Dywizji Piechoty Amerykańskiej wyniosły 1681 osób. Tylko jednego dnia na tym jednym, maluteńkim odcinku kilkuset metrów. To była po prostu krwawa łaźnia, rzeźnia. Dowódca dywizji napisał po wojnie w swoich wspomnieniach:

„Spodziewałem się, że Clark, generałowie Clark i Case (jego dowódcy – dop. red), będą chcieli na mnie zrzucić odpowiedzialność za własną głupotę. Przyjechali dziś do mojej kwatery we wcale niezłych humorach. Clark powiedział, że niepowodzenie 36. Dywizji w forsowaniu Rapido jest tak samo jego błędem, jak i każdego innego dowódcy. Ale on przynajmniej wiedział, jak trudne jest to zadanie. Dodał, że teraz będzie atakował wzgórza na północ od Casino. Powinien był to zrobić na samym początku…”.

To właśnie należało zrobić od razu. Obejść, manewrem oskrzydlającym, zamiast czołowo się przebijać przez rzekę. To, co najpierw zrobili Amerykanie, było całkowicie niezgodne z regułami działań wojennych, z regułami prowadzenia wojny. Zadziwiające, że Amerykanie się na to zdecydowali, tak hojnie szafując krwią swoją i swoich sojuszników. My mamy inne skojarzenia z Monte Cassino niż wstyd i hańba. Natomiast cała historiografia brytyjska i amerykańska dalej uważa tę bitwę za coś, na co należy spuścić zasłonę milczenia. To był przejaw braku profesjonalizmu i głupoty angloamerykańskich dowódców, zwłaszcza amerykańskich, którzy tak de facto o wszystkim decydowali. Anglicy i Amerykanie wstydzą się tej bitwy. Oni są nawet zdziwieni, że Polacy tak chętnie o niej mówią, bo oni chcieliby o niej po prostu zapomnieć. Oni uważają to za pomnik głupoty ich dowództwa. Doszło nawet do tego, że weterani z teksańskiej dywizji piechoty, która brała udział w bitwie, doprowadzili do tego, że przeprowadzano przed komisją w Senacie Amerykańskim dochodzenie! Chcieli osądzenia przez historię błędów amerykańskich dowódców, którzy dopuścili do takiego barbarzyńskiego aktu. Niestety niewiele z tego wynikło.

Wróćmy do przebiegu bitwy. Amerykanie długo walili głową w mur, aż w końcu wpadli na pomysł, który już w czasie wojny był ostro krytykowany i uchodził za szalony oraz barbarzyński.

Zburzenie klasztoru i jego skutki

Postanowili zbombardować klasztor Monte Cassino. Tymczasem już przed rozpoczęciem desantu sycylijskiego dowództwo amerykańskie wydało takie okólniki, że pomniki kultury, pomniki historii, zwłaszcza obiekty religijne, sakralne, nie będą bombardowane, że to nie jest celem wojny. „Walczymy z naszym wrogiem, ale nie niszczymy zabytków”. Stało się niestety inaczej.

Amerykanie doszli do wniosku, że trzeba ten klasztor zbombardować, bo inaczej się nigdy nie uda zdobyć tych wzgórz. Niemcy się tam bronili, stanowił on dla nich świetną osłonę. W połowie lutego (od 15. 02) przystąpiono do dzieła. 17 lutego dowództwo niemieckie przekonało opata benedyktyna ojca Gregorio di Amere o konieczności ewakuacji i większość braci, zakonników, mnichów opuściła wówczas klasztor, wiedząc, co się święci. Został opat (miał on święcenia biskupie) i kilkunastu najbardziej odważnych. Zakonnik był zdziwiony. Wyraził się wprost w rozmowie z niemieckim generałem, że obie walczące strony miały gwarantować, że będą chronić skarby kultury, bo Niemcy też to gwarantowali.

14 lutego Amerykanie rozrzucili ulotki typu „Włoscy przyjaciele, uważajcie” – bo do tej pory staraliśmy się uniknąć bombardowania klasztoru na Monte Cassino, ale Niemcy jak szczury się tam pochowali. Nadszedł więc czas, kiedy „musimy wycelować nasze działa w sam klasztor”. Alianci udzielili więc ostrzeżenia, „abyście mogli się uratować”. Opat Gregorio di Amare zgodził się na tę ewakuację. Na odchodne w jakimś sensie podziękował on generałowi niemieckiemu Zengerowi, że uznał opactwo Monte Cassino za strefę chronioną, zakazał wchodzić na jego teren żołnierzom niemieckim i wyznaczył linię, poza którą nie mogło być broni ani punktów obserwacyjnych. Niemcy czuwali nad ścisłym przestrzeganiem tych rozkazów. Do chwili zburzenia Monte Cassino nie było w opactwie niemieckich żołnierzy, ich broni ani innych instalacji militarnych. Także tutaj opat stwierdził, że bez sensu było to bombardowanie, bo tam żadnych po prostu Niemców nie było. Opat przyznał, że Niemcy szanowali eksterytorialność tego klasztoru, ale na niewiele się to zdało.

W połowie lutego klasztor zamienił się w kupę gruzów. Czy to coś zmieniło? Nic… Mimo, że alianci zgromadzili nowe siły i w drugiej połowie lutego razem rzucono 2 i 4 Dywizję Hinduską, Dywizję Nowozelandzką i Brytyjską Battle Axe (78 Dywizja, której Niemcy się bardzo bali, bo uważali ją za najlepszą dywizję spośród sił angloamerykańskich). Nota bene Hindusi, słynni Górkowie, zasłynęli pod Monte Casino okrucieństwem. Mieli takie specjalne maczety, których używali m.in. do obcinania głów jeńcom niemieckim… W każdym razie kolejny, wielki frontalny atak nie dał nic poza ogromnymi stratami. Zwłaszcza Nowozelandczycy ponieśli tak ogromne straty, po prostu te dywizje zostały rozwiązane, bo straty sięgnęły 80 proc. składów jednostek.

Polacy w obliczu decydującego szturmu

Wreszcie, w kwietniu 1944 roku, dowództwo angloamerykańskie zdecydowało się na przeprowadzenie tak zwanej operacji Honker. W slangu oznacza to nawiązanie do odgłosu gęsi. Anglosasi nie za bardzo mieli już rezerwy. Do kogo więc zwrócił się generał Aleksander, dowódca frontu włoskiego? Zgłasza się… do Polaków. Poprosił generała Andersa, by Polacy spróbowali zaatakować i zdobyć wreszcie wzgórze klasztorne. Pod koniec marca generał VIII Armii rozmawiał wstępnie, sondażowo z generałem Andersem, czy by się nie zgodził. I teraz kluczowa sprawa. Generał zgodził się na to, ale bez konsultacji z naczelnym wodzem (!), ówczesnym generałem Sosnkowskim. I generał Sosnkowski bardzo, bardzo się zdenerwował, gdy się o tym dowiedział, bo on był przeciwny. On uważał, że ta operacja będzie samobójcza, będzie oznaczała po prostu daremną znowu ofiarę krwi. Sytuacja miała się powtórzyć kilka miesięcy później w Warszawie, podczas Powstania Warszawskiego. Tam również generał naczelny był przeciwny wywoływaniu tej awantury warszawskiej, jaką to nazywał. Natomiast generał Komorowski-Bór i jego otoczenie przeforsowało ten pomysł wbrew woli naczelnego wodza. I tu było niestety podobnie.

We wspomnieniach generał Anders pisał, że Monte Cassino jest twierdzą, którą usiłowało zdobyć wiele narodów: „Jeśli odmówię, korpus zostanie skierowany do Doliny Liry, gdzie atak także przyniesie ciężkie straty, ale w dłuższym czasie. Jeśli zdobędziemy Monte Cassino, a zdobyć je musimy, wyniesiemy sprawę polską, tak obecnie sponiewieraną w samo centrum uwagi świata”. Generał więc zakładał, że jeśli nie zaatakujemy Monte Casino, to pójdziemy do Doliny Rzeki Liry, a Polacy i tak poniosą daninę krwi, ale nikt na to nie zwróci uwagi…. Czy było to naiwne podejście? Proszę, by Państwo ocenili to sami…

Najnowsze