Rządzący Niemcami socjaliści z SPD, postchadecy z CDU i euro-komunistyczni Zieloni postanowili już w roku 2022 o wznowieniu rozmów handlowych z władzami Indii. Tak postanowili w celu ratowania upadającego niemieckiego przemysłu. Już upadającego, bo coraz bardziej „klimatycznego”, „zielonego” i „zrównoważonego”.
Postanowili także o zawarciu rozległych umów handlowych i gospodarczych z innymi „dużymi rynkami” – potencjalnie wielkimi importerami niemieckich samochodów, maszyn i urządzeń przemysłowych, produktów chemicznych i innych, jak Japonia czy kraje Ameryki Południowej. Ale chodziło im przede wszystkim o nowy handel z Indiami – najludniejszym krajem świata. I to im się w końcu udało.
12–13 stycznia kanclerz rządu Niemiec Fryderyk Merz złożył wizytę w Indiach, gdzie został uroczyście przyjęty przez premiera Modiego. Towarzyszyła mu liczna niemiecka delegacja, w tym przedstawiciele 24 wielkich firm, m.in. Airbusa, DHL, Siemensa i Uniper SE. Doszło do podpisania kilku porozumień i umów konkretnych firm oraz do ośmiu oświadczeń i 19 listów intencyjnych – dotyczących m.in. współpracy przemysłów zbrojeniowych i w obszarze tzw. surowców krytycznych. A także porozumień dotyczących rekrutacji tysięcy specjalistów i wykwalifikowanych pracowników z Indii na potrzeby niemieckiego sektora opieki medycznej, IT i innych branż. Zapowiedziano również, że kolejne bilateralne konsultacje międzyrządowe odbędą się jesienią br. w Berlinie.
Rządowy Berlin już co najmniej od października ub. roku nie ukrywał, że w obliczu różnych zagrożeń bezpieczeństwa gospodarczego i wewnętrznego RFN ze strony coraz bardziej ekspansywnych Chin i ich ciągle rosnącego eksportu do Niemiec i innych krajów UE, a także w obliczu ciągłej niepewności co do polityki nowych i „nieobliczalnych” władz USA, chce rozszerzać i umacniać współpracę Niemiec z dużymi krajami spoza Europy. Niemcy szukają też sposobów na coraz lepsze dywersyfikowanie swojego olbrzymiego eksportu oraz na pożądane ograniczanie swoich dotychczasowych dużych zależności handlowych od USA i Chin. Richtig!
Warto dodać, że kanclerz Merz w czasie swojej styczniowej wizyty w Indiach ponoć ani razu nie skrytykował rosnącej współpracy Indii z Rosją w ostatnich latach i „wyrażał zrozumienie dla trudności [Indii]” w ewentualnym ograniczeniu ich zależności energetycznej od Rosji. Rząd RFN dąży też do zwiększenia udziału Niemiec w indyjskim imporcie uzbrojenia (w roku 2024 Indie zajmowały dopiero szóste miejsce wśród odbiorców niemieckiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego). Liczy przede wszystkim na podpisanie jeszcze w tym roku umowy na dostawę sześciu niemieckich okrętów podwodnych klasy U-214. Umowy o wartości około 8 mld dolarów – byłoby to największe zamówienie nowego uzbrojenia w historii Indii.
Tak więc Indie staną się zapewne jednym z najważniejszych państw rekompensujących Niemcom znaczne spadki ich eksportu do Chin i USA w roku ubiegłym. W roku 2024 Indie zajmowały dopiero 22. miejsce wśród odbiorców niemieckich towarów i usług – ten import wyniósł w sumie niecałe 17 mld euro. Ale Niemcy liczą na to, że wobec protekcjonistycznej i imperialnej polityki władz USA ten import Indii z Niemiec znacznie wzrośnie. Dlatego też Berlin silnie popierał w ostatnich miesiącach szybkie zawarcie umowy handlowej między UE a Indiami. Rząd RFN chce też nadal pozyskiwać z Indii tysiące wykwalifikowanych pracowników. Według badań Instytutu Niemieckiej Gospodarki z Kolonii w latach 2012–2024 liczba obywateli Indii zatrudnionych tylko w zawodach akademickich i w obszarach nauk przyrodniczych, technologii, inżynierii i matematyki wzrosła w Niemczech z 3,7 tys. do 32,8 tys. Super!
Ważnym uzupełnieniem tej nowej współpracy Niemiec z Indiami stało się też trochę późniejsze porozumienie całej UE z tym wielkim krajem. 27 stycznia władze UE i Indii doszły do wstępnego porozumienia w sprawie obszernej umowy o przyszłym wolnym handlu. Postanowiono przede wszystkim, że Indie mają stopniowo znosić dotychczasowe wysokie cła na europejskie towary przemysłowe. W tym między innymi cła na różne samochody z Niemiec czy np. Włoch. Mają one zostać obniżone z obecnych 110 do tylko 10 proc. A cła na samochodowe części z krajów UE mają zostać całkowicie zniesione w ciągu najbliższych 5–10 lat. Zniesieniu ma też ulec większość dotychczasowych ceł na maszyny i urządzenia (obecnie sięgają one do 44 proc.), na produkty chemiczne, farmaceutyczne i rolno-spożywcze. Wunderbar!
Zanosi się więc na to, że dzięki powyższym porozumieniom i większej współpracy z Indiami i krajami Ameryki Południowej (umowa z blokiem Mercosur), rządy RFN, Republiki Francuskiej, Holandii i innych państw UE będą mogły nadal brnąć w swój ulubiony, a niezmiernie kosztowny euro-sowiecki „zielony ład”, w „ochronę klimatu” itd. To bardzo zła wiadomość dla większości krajów i narodów Europy. Sehr schlimm!
Czcze obietnice dla przemysłu?
W połowie stycznia br. kanclerz Fryderyk Merz dwukrotnie przyznał – na ważnych konferencjach i wobec setek słuchaczy, że w Niemczech „odejście od energii atomowej okazało się kosztownym błędem”. Zapowiedział więc „rewizję” niemieckiej polityki energetycznej w stronę m.in. wznowienia energetyki atomowej. Ale już parę dni później okazało się, że władze RFN wspierają nadal i przede wszystkim plany ogromnej rozbudowy morskich farm wiatrowych.
Już nazajutrz po powrocie z Indii, tj. 15 stycznia, kanclerz Merz przyznał na spotkaniu z licznymi przedstawicielami niemieckiego przemysłu, że jedną z głównych przyczyn słabych wyników niemieckiej gospodarki w ostatnich latach są zbyt wysokie ceny energii elektrycznej, gazu i paliw, a kolejne rządy RFN przez długie lata „błądziły” w kwestiach polityki energetycznej. Przede wszystkim ich decyzje dotyczące wycofania się z energetyki jądrowej (podjęte w latach 2011–2012) okazały się „kosztownym błędem strategicznym”. A skoro już to wycofanie zaplanowano, to przynajmniej w roku 2022 i później należało utrzymać ostatnie cztery działające i sprawne niemieckie elektrownie atomowe, powiedział kanclerz. Ale niestety wszystkie te elektrownie zamknięto i wygaszono, co „znacznie zmniejszyło moce wytwórcze” gospodarki Niemiec. Wskutek tej „błędnej polityki” Niemcy realizują obecnie „najdroższą energetyczną transformację na świecie”, oznajmił Merz. Podkreślił, że jego celem jest powrót do „akceptowalnych [przez przedsiębiorstwa] cen rynkowych energii”, aby państwo nie było zmuszone do ciągłego dotowania energii elektrycznej dla gospodarstw domowych i firm z budżetu federalnego. Bo „na dłuższą metę nie możemy sobie na to pozwolić”. Co najważniejsze, szef rządu RFN zapowiedział, że budowa nowych elektrowni jądrowych powinna „ruszyć niebawem”, a odpowiednie procedury administracyjne są już na ukończeniu. Więc już wkrótce „ruszą przetargi” na budowy nowych elektrowni jądrowych, a plany rządu zakładają też wykorzystanie jeszcze istniejącej dawnej infrastruktury jądrowej. Super!
Kanclerz Merz mniej więcej to samo, choć nie wszystko, powiedział też na konferencji w Davos (21–24 stycznia). Zapowiedział tam ponadto „ambitny program reform” – skupiony wokół priorytetów bezpieczeństwa, konkurencyjności gospodarki i „europejskiej jedności”. Stwierdził też, że „Niemcy mogą przewodzić w Europie” tylko wtedy, jeśli ekonomicznie będą silne. Więc „w Europie nie powinno być żadnego miejsca na izolacjonizm i protekcjonizm”. Dlatego „nie ma alternatywy dla umowy handlowej z krajami Mercosur, jeśli w Europie chcemy mieć wyższy wzrost gospodarczy”. Przy tej okazji kanclerz wyraził swoje „głębokie ubolewanie, że Parlament Europejski położył kolejną przeszkodę na tej naszej drodze”. Chodziło mu o to, że dzień wcześniej (21 stycznia) ten parlament odesłał ww. umowę z pięcioma krajami Ameryki Południowej do oceny Trybunału Sprawiedliwości UE – do zbadania, czy jest ona zgodna z unijnymi traktatami. Merz mówił też w Davos między innymi o konieczności zbudowania we wszystkich krajach UE „jednego rynku kapitałowego”, bo „nie możemy pozwolić naszym biznesowym championom, żeby były zależne od rynków kapitałowych spoza Europy”. Muszą one zdobywać kapitał na rynku europejskim – stwierdził kanclerz. Mówił też, jak to zwykle mówią przy tego rodzaju okazjach różni politycy Niemiec i UE już od kilku lat, o konieczności redukcji zbyt dużej biurokracji – już zbyt mocno obciążającej przedsiębiorstwa.
Ale przecież wiadomo, że podobne słowa i tego kanclerza rządu i jego poprzednika, a także ich licznych „demokratycznych” i „proeuropejskich” ministrów – wypowiadane dziesiątki razy na różnych konferencjach i spotkaniach w Niemczech i za granicą w okresie ostatnich ponad 5 lat, nic w tym względzie nie zmieniły. Wręcz przeciwnie. Biurokracja Republiki Federalnej i tzw. Unii Europejskiej jest z każdym miesiącem coraz większa, coraz bardziej uciążliwa i kosztowna dla setek milionów obywateli i przedsiębiorców krajów UE. W tym sensie jest więc coraz bardziej neo-sowiecka. Np. w samym roku 2025 komisarze i inni urzędnicy UE wprowadzili łącznie, jak 31 stycznia podał „Welt am Sonntag”, aż 1456 nowych przepisów i aktów prawnych, w tym 21 dyrektyw i 102 rozporządzenia. Wydali też 137 tzw. aktów delegowanych i aż 1196 aktów wykonawczych (!). To zdecydowanie najwięcej w historii brukselsko-francusko-niemieckiego eurokołchozu (wg welt.de).
Czy więc powyższe słowa i obietnice kanclerza rządu RFN oznaczają może jakiś początek odwrotu władz Niemiec i UE od zgubnej dla narodów Europy neo-sowieckiej „polityki klimatycznej”, od osławionego euro-komunistycznego „zielonego ładu” i od całego euro-socjalizmu? Na pewno nie. Wydaje się, że jeżeli kiedyś nawet nastąpi jakaś faktyczna zmiana tej polityki, to będzie to zmiana bardzo selektywna, bardzo powolna i niewielka. Bo po raz kolejny widać, że rządzący Niemcami i innymi krajami UE zawsze świadomie pomijają główną przyczynę zbyt drogiej energii i upadania tysięcy przedsiębiorstw i konsumentów, jaką jest trwająca od kilkunastu lat ich tzw. polityka klimatyczna UE i cała ich neo-sowiecka „transformacja energetyczna”. I nadal mocno wspierają, na wielki koszt setek milionów europejskich podatników, rozwój na ogół ekonomicznie nieopłacalnych i w sumie nadzwyczaj drogich tzw. odnawialnych źródeł energii.
Kolejne miliardy na nieopłacalne morskie wiatraki
Nowym przykładem tego są m.in. gromkie zapowiedzi szefowej resortu gospodarki RFN Katarzyny Reiche o planowanej masowej rozbudowie morskiej energetyki wiatrowej na Morzu Północnym. Zapowiedzi złożone 26 stycznia – po zebraniu ministrów 10 państw na tzw. Szczycie Morza Północnego w Hamburgu. Obecnie u wybrzeży samych Niemiec stoi już ponad 1600 wielkich morskich turbin wiatrowych, z których sto kilkadziesiąt najstarszych, już około 20-letnich, jeszcze w tym roku musi zostać zdemontowanych, gdzieś wywiezionych i poddanych „recyklingowi”. A to w sumie będzie kosztowało podatników co najmniej kilkaset milionów euro. Mimo tych i innych ogromnych kosztów, „zieloni” euro-komuniści niemieccy i inni z licznych „demokratycznych” partii planują wybudowanie na Morzu Północnym do roku 2050 kolejnych tysięcy morskich wiatraków. Bo produkcja energii z wiatraków na tym Morzu ma do tego czasu wzrosnąć prawie dziesięciokrotnie (!). Tak to sobie zaplanowali na wspomnianym Szczycie, nie zważając na wielomiliardowe koszty, ministrowie 8 państw UE, Norwegii i już całkiem „postępowej” Wielkiej Brytanii (wg dw.com).
Mimo wyraźnie fatalnych efektów wieloletniej polityki prymatu ideologii „klimatycznej” i „zielonej” nad prawami ekonomii i interesami przedsiębiorstw i konsumentów, grupy i partie rządzące Niemcami i innymi krajami ich „wspólnoty europejskiej” nadal brną w tę zgubną neosowiecką politykę. Nie chcą zasadniczo zmienić tej swojej fatalnej dla milionów ludzi i ich firm polityki energetycznej, podatkowej, imigracyjnej i socjalnej. I biernie przyglądają się upadkom dziesiątek tysięcy przedsiębiorstw rodzinnych i innych i całych gałęzi przemysłu. Nie są zainteresowani jakąś istotną zmianą tej fatalnej polityki, ponieważ sami osobiście nie ponoszą prawie żadnych kosztów funkcjonowania obecnego ogromnie biurokratycznego, marnotrawnego i niezwykle kosztownego „zielonego” systemu UE. Bo za fatalne skutki ich lewicowo-ideologicznej polityki płaci znaczna większość społeczeństw i firm ich krajów, a nie oni, ich partie, ich urzędy i media.

