Wśród rządzących Niemcami polityków i urzędników od grudnia znów rosną obawy o stan niemieckiej gospodarki, budżetu RFN i stosunków z USA.
Do 2 stycznia br. ich największe obawy budziły kwestie związane z wojną na Ukrainie: sprawa rzekomo koniecznego dla „Europy” dalszego ogromnego finansowania kijowskiej Ukrainy przez Niemcy i kraje UE, jej dalszego wspierania sprzętem wojskowym oraz sprawa ściśle związanej z tym nowej polityki nowych władz USA wobec Rosji, Ukrainy i Europy. A także sprawy nadal pogarszającego się stanu niemieckiego przemysłu – już prawie w pełni „klimatycznego” – i słabnącego od roku eksportu. A to wszystko oczywiście nie rokuje dobrze stanowi finansów i budżetu RFN na rok 2026 i następny. Rządzący w RFN martwili się też oczywiście powolnym, ale ciągłym wzrostem poparcia dla opozycyjnej Alternatywy dla Niemiec.
Jednak w dniach 3–5 stycznia ich największy niepokój i często wręcz oburzenie wzbudziła militarna akcja USA w Wenezueli i jej możliwe konsekwencje. W związku z tym 3 stycznia w Berlinie zwołano nawet „sztab kryzysowy rządu”. Agresywnych działań USA w Wenezueli nie potępił wprawdzie ani nie pochwalił żaden z ważnych członków rządu RFN. Widać, że kanclerz Merz i inni kierownicy polityki Niemiec nie chcą narażać na szwank ich (jeszcze) dość dobrych relacji z prezydentem Trumpem poprzez otwartą krytykę Waszyngtonu. Ale te działania władz USA potępił m.in. ważny polityk rządzącej CDU – 62-letni Roderich Kiesewetter, który zajmuje się polityką zagraniczną. Jego zdaniem w Wenezueli doszło do militarnego „puczu” i „za sprawą prezydenta Trumpa USA ostatecznie odchodzą od międzynarodowego porządku opartego na zasadach prawnych, porządku, który obowiązywał od roku 1945”. Bo „Wenezuela jest co prawda państwem bezprawia, ale nie jest Iranem, który zagraża istnieniu sąsiednich krajów – takich jak Izrael” – powiedział Kiesewetter gazecie „Bild”, 3 stycznia. Jego zdaniem Waszyngton powraca do doktryny USA sprzed 1940 r. – „do myślenia w kategoriach stref wpływów, w których obowiązuje prawo silniejszego, a nie prawo międzynarodowe”. Richtig!
Podobnie ww. działania USA ostro skrytykowało kilku posłów SPD. A np. przewodniczący opozycyjnej (wobec rządu CDU-SPD) partii Lewica – 64-letni Jan van Aken zażądał nawet nałożenia na prezydenta USA i niektórych jego ministrów takich samych sankcji jakie władze UE nałożyły na Rosję i jej przywódców za agresję na Ukrainie. Bo „ktoś, kto jak Trump, łamie międzynarodowe prawo i porywa prezydenta suwerennego państwa, ten uprawia brutalny terroryzm państwowy”, powiedział van Aken portalowi t-online.
Natomiast przedstawiciele opozycyjnej Alternatywy dla Niemiec, od ponad roku współpracującej ze środowiskami amerykańskiej prawicy, wypowiadali się w sprawie akcji USA w Wenezueli znacznie bardziej ostrożnie. Np. młody poseł Markus Frohmaier powiedział dziennikowi „Bild”, że „do ingerencji w suwerenność innych państw podchodzimy zasadniczo krytycznie i trzymamy się zasady nieingerencji”. Ale też „należy mieć na uwadze to, że wyniki wyborów w Wenezueli nie są uznawane na arenie międzynarodowej, partie opozycyjne są tam zakazane i wykluczone z wyborów i ten kraj jest uważany za główne źródło przemytu kokainy do Europy”. Sehr schön und demokratisch!
Coraz słabsze kontakty z USA
Widać więc dość wyraźnie, że po niestety krwawej akcji wojsk i służb USA przeciw socjalistycznej Wenezueli nowe władze USA i ich polityka cieszą się już w Niemczech jeszcze mniejszym poparciem i sympatią niż przed 3 stycznia br. A jeszcze parę dni wcześniej ponoć największą obawę niemieckich polityków, urzędników i wojskowych budziło od kilku tygodni to, że obecne władze USA już „odłączają się od Europy w kwestiach bezpieczeństwa”. Wydawało im się, że ten proces odłączania się władz USA od spraw i interesów bezpieczeństwa „Europy” (Niemiec) jest już w toku od kilku miesięcy. Jak np. podał serwis „Deutsche Welle”, już „na początku grudnia 2025 r. generał Christian Freuding, jeden z najwyższych rangą niemieckich wojskowych, powiedział bowiem w wywiadzie dla amerykańskiego magazynu »The Atlantic«, że bezpośredni kontakt z jego dotychczasowymi amerykańskimi rozmówcami jest już odcięty”. Niemiecki generał dodał, że „dawniej bezpośrednia i szybka wymiana” informacji i opinii z Amerykanami „była możliwa dniem i nocą”. Obecna utrata „szybkich kanałów komunikacji” z władzami USA jest więc dla niego „sygnałem alarmowym” – zwłaszcza w kontekście „ewentualnego rosyjskiego ataku” na któreś ze wschodnioeuropejskich państw NATO. Donnerwetter!
Władze RFN i Republiki Francuskiej szczególnie odczuwają ten faktyczny odwrót władz USA od palących spraw i interesów „Europy”, tj. ich Unii Europejskiej, w kwestiach Ukrainy. Starają się temu przeciwdziałać, planują coraz większe wydatki i inwestycje na cele „obronne”, wojskowe itd. Ale na razie poza działaniami i deklaracjami dyplomatycznymi, a także poza dalszym bieżącym dużym wspomaganiem finansowym i zaopatrzeniowym kijowskiej Ukrainy, niewiele z tego wynika. Tym bardziej że obydwa największe państwa UE, podobnie jak lewicowe władze Wielkiej Brytanii, zmagają się od wielu miesięcy z wewnętrznymi wielkimi problemami finansowo-budżetowymi, z silną krytyką i presją narodowej prawicy i ze stopniowo malejącym poparciem społecznym dla dalszego wspierania władz w Kijowie i ich wojny z Rosją. A także z coraz mniejszym poparciem społecznym dla ich rządów.
Prasa: akcja USA ostrzeżeniem dla Chin, Rosji i Iranu
Komentarze niemieckiej prasy pisane trochę później niż ww. dość nerwowe wypowiedzi niemieckich polityków z 3 stycznia były już nieco spokojniejsze i mniej oburzone. Niektórzy komentatorzy uznali, że brutalna interwencja USA w Wenezueli jest ostrzeżeniem dla Chin i Rosji, że Ameryka Łacińska jest już wyłączną strefą wpływów USA, a nie ich. To ostrzeżenie USA dotyczy także Kolumbii, Nikaragui i Kuby – krajów rządzonych przez socjalistów i komunistów i najsilniej współpracujących z Chinami i Rosją. Więc Niemcy obawiają się, że teraz Rosja skorzysta z geopolitycznej okazji wynikającej z ataku USA na Wenezuelę i wyraźnej zachęty Waszyngtonu do nieformalnego podziału stref wpływów w świecie między największe mocarstwa i jeszcze zwiększy swoje ataki i presje na Ukrainę. Więc niezgodny z międzynarodowym prawem atak USA na Wenezuelę zwiększa niepokój rządzących nie tylko w Berlinie czy Paryżu, ale też tych w Kijowie i na Tajwanie.
Komentator dziennika „Die Welt” stwierdził 4 stycznia, że „Trump samowolnie przesuwa geopolityczny porządek świata”. Jednak „nie chodzi mu o rzekomy narkotyczny »Cartel de los Soles«, który rzekomo kontroluje Wenezuelę”. Bo „Wenezuela nie produkuje kokainy, a gros narkotyków, które przechodzą przez ten kraj, ląduje w Europie, a nie w USA”. Więc pod tym narkotykowym pretekstem „Trump tworzy fakty dokonane, ponieważ chce wysłać jasny sygnał […] przede wszystkim do Chin, Rosji i Iranu”, które wspierały rząd Maduro. Trump pokazał tym i innym państwom, że „jest gotów do działań militarnych bez oglądania się na międzynarodową krytykę”. Skutki tego dla Niemiec „są łatwe do przewidzenia – ceny energii staną się jeszcze bardziej niestabilne, migracje z Ameryki Łacińskiej do Europy będą liczniejsze, a uzależnienie [Niemiec] od USA w dziedzinie polityczno-wojskowej stanie się jeszcze bardziej ryzykowne”. Więc „Niemcy muszą wzmocnić własne zdolności polityczne, gospodarcze i wojskowe”, pisał „Die Welt”.
Natomiast lewicowy „Süddeutsche Zeitung” przewidywał, że „Trump za pomocą bomb i rakiet chce doprowadzić do zmiany władz też w innych krajach Ameryki Południowej”, co spowoduje, że w przyszłości Rosja i Chiny będą działać z jeszcze większą śmiałością [w swoich rejonach świata]. Komentator Peter Burghardt nazwał akcję Trumpa w Wenezueli „awanturniczą” i przypomniał o wcześniejszych tragicznych w skutkach i politycznie nieudanych interwencjach USA – w 1989 r. w Panamie i 2003 w Iraku, które „skończyły się katastrofą i śmiercią tysięcy niewinnych ludzi”. Ale np. „Der Tagesspiegel” napisał, że jednak „obalenie dyktatora Maduro jest, pomimo wątpliwości co do motywów, jakimi kierował się Trump, powodem do radości [..] i do nadziei na powrót demokracji”. Ponadto Maduro „obchodził sankcje [USA i UE] przeciwko Rosji”, więc teraz Wenezuela, dysponująca największymi w świecie złożami ropy naftowej „będzie już przez wiele lat pod kontrolą USA i trzeba się z tym pogodzić”. Jawohl!
