Armia USA planowała operację „Absolute Resolve”, która doprowadziła do upadku Nicolása Maduro, przez wiele miesięcy. W planowaniu uczestniczyło kilka elitarnych jednostek armii amerykańskiej. Szczegóły porwania prezydenta Wenezueli i jego żony 3 stycznia 2026 roku, są stopniowo ujawniane przez amerykańską prasę. Rewelacje te malują obraz skrupulatnie zaplanowanej interwencji, opartej na współpracy wszystkich rodzajów sił zbrojnych i amerykańskich służb wywiadowczych.
Operacja o kryptonimie „Absolute Resolve” była „dyskretna, precyzyjna i jest zwieńczeniem miesięcy przygotowań i szkoleń” – pochwalił się przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów Dan Caine na konferencji prasowej zorganizowanej kilka godzin po operacji.
„Absolute Resolve” doprowadziła do aresztowania Maduro, któremu postawiono zarzut handlu narkotykami. Według „New York Times”, od sierpnia tajny zespół agentów CIA infiltrował Wenezuelę, aby zbierać informacje o dyktatorze, nawet o jego domowych zwierzętach.
Szkolenia żołnierzy jednostek specjalnych prowadzono na zbudowanej specjalnie makiecie pałacu prezydenckiego w Caracas. Wiadomo też, że Amerykanie mieli wewnątrz służb wenezuelskich swoich agentów i informatorów.
Operacja USA wprowadziła jednak spore zamieszanie. Porwanie Maduro nie oznacza jednoznacznie upadku systemu, a pozbycie się jednego kryptokomunisty nie jest przywróceniem demokracji. Sama operacja miała już precedens w postaci aresztowania Noriegi w Panamie, ale nie zmienia to faktu ingerencji obcego państwa i dość brutalnego pokazu „doktryny Monroe” w praktyce.
Przypomnijmy, że „Doktryna Monroe” z 1823 roku to zasada amerykańskiej polityki zagranicznej, głosząca, że kontynenty amerykańskie są wyłączną strefą wpływów USA, wolną od dalszej kolonizacji europejskiej, w zamian za co Stany Zjednoczone nie będą ingerować w sprawy europejskie.
Aresztowanie Maduro, podobno dało nadzieję Kubańczykom, ale na świecie widać wyraźny podział. Ameryka Łacińska jest zaskoczona i podzielona. Chociaż Donald Trump wspominał o możliwości ataków lądowych na Wenezuelę, a nawet stwierdził, że dni prezydenta Maduro są „policzone ”, nikt tak naprawdę nie wyobrażał sobie akcji w stolicy Wenezueli na tak wielką skalę.
Kraje z lewicowymi rządami, jak Kuba, Brazylia i Kolumbia są „oburzone”, ale już prezydent Argentyny Javier Milei stwierdził, że „wolność czyni postępy”. W Europie przedstawiciele kilku krajów potępili użycie siły przez armię amerykańską i zaapelowali o poszanowanie prawa międzynarodowego. Ale nie do końca. Interwencję pochwaliły Włochy i rząd Meloni, czy prezydent Francji Macron. Ciekawe jest, że początkowo potępił amerykańskie bombardowania np. francuski minister spraw zagranicznych Jean-Noël Barrot, który pisał o „poważnym naruszeniu godności i prawa do samostanowienia” Wenezueli. Hiszpania oferowała rolę mediatora w celu osiągnięcia pokojowego rozwiązania. Dystans zachowali Niemcy i Brytyjczycy. Ich MSZ pisały jedynie o „monitorowaniu sytuacji”.
Friedrich Merz uznał, że Nicolás Maduro „doprowadził swój kraj do ruiny” i „odegrał problematyczną rolę w regionie ”, zwłaszcza „wciągając Wenezuelę w handel narkotykami”. Brytyjski premier Keir Starmer oświadczył, że jego kraj „nie uroni ani jednej łzy” po upadku reżimu Nicolása Maduro.
Nie dziwi specjalnie potępienie operacji USA przez takie kraje jak Chiny, Rosja i Iran. To sojusznicy i partnerzy Nicolása Maduro. Chiny, główny odbiorca wenezuelskiej ropy naftowej, oświadczyły, że są „głęboko wstrząśnięte”. Rosja, oświadczył, że „Stany Zjednoczone dopuściły się zbrojnej agresji przeciwko Wenezueli, co jest głęboko niepokojące i godne potępienia”.
UE i ONZ wzywały do „poszanowania prawa międzynarodowego”, a szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas powiedziała, że podczas rozmowy telefonicznej z sekretarzem stanu USA Marco Rubio wezwała USA do „powściągliwości” . Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zaapelowała z kolei o „pokojową i demokratyczną transformację” w Wenezueli i „rozwiązanie zgodne z prawem międzynarodowym i Kartą Narodów Zjednoczonych”. Sekretarz Generalny ONZ Antonio Guterres wyraził zaniepokojenie, „że prawo międzynarodowe nie jest przestrzegane” i potępił „niebezpieczny precedens”.
Obudziła się też europejska lewica. We Francji partie lewicy ostro krytykowały Macrona za jego deklarację pośredniego wsparcia upadku Maduro, a na cokole pomnika na Placu Republiki spalono amerykańską flagę. La France Insoumise i Francuska Partia Komunistyczna wezwała do demonstracji poparcia dla narodu wenezuelskiego „przeciwko agresji Trumpa” i powiedzenia „stop imperialistycznej agresji przeciwko Wenezueli”.
Szef Zbuntowanej Francji Jean-Luc Mélenchon, mówił, że „wkraczamy w nową, dramatyczną fazę w historii naszego świata, w której Stany Zjednoczone Ameryki, ze swoimi najbardziej odrażającymi imperialnymi zwyczajami, interweniują u swoich sąsiadów i zagrażają wszystkim innym, a po raz kolejny prawdziwą przyczyną tej interwencji jest ropa naftowa”. Niewątpliwie sytuacja w Wenezueli zepchnęła na dalszy plan wiele inych wydarzeń, jak protesty w Iranie, brytyjsko-francuskie naloty w Syrii, czy nawet wojnę na Ukrainie. I chyba tylko w Polsce aresztowanie Maduro wywołało dodatkowy spór wewnętrzny o to, czy Tusk czasami też nie jest dyktatorem? Polska jednak znajduje się poza strefą „doktryny Monroe”, czego niektórzy zdaje się…żałują.
Différence frappante hier entre :
– la Place de la République à Paris où LFI braillait son soutien à la dictature de Nicolas Maduro en brûlant des drapeaux américains
Et
– les rues de Caracas au Venezuela où le peuple vénézuélien savourait sa victoire et sa libération.
LFI… pic.twitter.com/mVpIJfifRI
— Jean MESSIHA (@JeanMessiha) January 4, 2026