Strona głównaMagazynSocjalizm korporacyjny

Socjalizm korporacyjny

-

- Reklama -

Co to takiego ten tytułowy socjalizm korporacyjny? To nowa postać socjalizmu, używająca wprawdzie etatyzmu i państwowego interwencjonizmu do regulowania życia ekonomicznego – tak jak wszystkie znane do tej pory odmiany socjalizmu – ale dla korzyści nowych rodzajów podmiotów, a mianowicie wielkich i kosmopolitycznych korporacji.

Ci, którzy są zwolennikami wolności gospodarczej od zawsze krzywo patrzą na wszystkich socjalistów, opowiadających się a to za bardziej równym („sprawiedliwym”) podziałem dóbr, a to za interwencjonizmem państwa w gospodarkę, a to za przejmowaniem przez nie prywatnych dotąd przedsiębiorstw lub budowania takich państwowych przedsiębiorstw od zera.

- Reklama -

I gdy spytamy przeciętnego zwolennika wolności gospodarczej skąd płynie zagrożenie dla tejże wolności, to zapewne wskaże dwie grupy, mające wspólne interesy: masy ludzkie domagające się „chleba i igrzysk” bez pracy i biurokratów dzielących „nadwyżki” odebrane podatnikom. Socjalistą byłby więc inteligent mający rządową posadkę lub inteligent aspirujący do zajęcia takiej posadki, gdy tylko państwo uzna za celowe ją stworzyć.

Z kolei klientem inteligenta-socjalisty byłby przysłowiowy proletariusz, w dodatku leń, który nie chce pracować i chciałby żyć na cudzy koszt. Interpretując tak rozumiany socjalizm w kategoriach klasowych, można by rzec, że klasą wyzyskiwaną byliby pracujący, a klasami wyzyskującymi biurokraci i leniuchy.

Zapewne niektórzy dodaliby do tego przekonanie, że doktryna Keynesa stanowi uzasadnienie dla takiego modelu gospodarczego. Rzeczywiście, o państwie keynesowskim mawia się czasem, że było to państwo opiekuńcze, które wywalczyli sobie robotnicy i które pod koniec XX wieku zaczęło podupadać wraz z liczebnym kurczeniem się proletariatu.

Piszę to wszystko dlatego, że oto pojawił się nowy rodzaj socjalizmu, którego nie żąda ani lud, ani inteligenci. Jest to – nazwa robocza i autorska – socjalizm korporacyjny, czyli socjalizm wielkich korporacji. Doktryna ta narodziła się jako produkt uboczny (i nieprzewidziany) reform epoki Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, czyli tzw. neoliberalizmu. Rozmontowanie keynesowskiego państwa interwencjonistycznego spowodowało szybki wzrost wielkich i ponadnarodowych korporacji.

Ideolodzy neoliberalni przez długi czas wierzyli, że wzrost ten może być nieskończony, a wielkie kryzysy ekonomiczne – jak ten z 1929 roku – już się nie powtórzą. Niestety, optymizm ten był naiwny.

Pokazał to kryzys finansowy z lat 2007-2009. Wtedy najwięksi beneficjenci polityki neoliberalnej, czyli międzynarodowe korporacje, w znacznym stopniu zmieniły swoje nastawienie do państwowego interwencjonizmu. Aż do tej pory środowiska finansjery uważały, że państwo jest prawie zbędne, a jego regulacje ekonomiczne psują rynek i spowalniają wzrost ekonomiczny (dodajmy, że teza ta nie była bezzasadna). Gdy jednak ok. 2008 roku zachodni system bankowy znalazł się w kryzysie, to zgodnie z zasadami neoliberalizmu banki nierozsądnie i głupio pożyczające pieniądze, bez odpowiedniej hipoteki, znalazły się na skraju bankructwa. Wtedy finansiści wpadli na pomysł, że państwo to w sumie jest im zbędne jako regulator gospodarki (bo to „socjalizm”), ale byłoby bardzo pożyteczne, gdyby sfinansowało deficyty w bankach. Miało je sfinansować z podatków od normalnych obywateli lub dodrukować w tym celu pieniądze, obkładając wszystkich swoich obywateli podatkiem inflacyjnym.

W systemie liberalnym, w tradycyjnym pojęciu tego słowa, politycy powinni byli wzruszyć ramionami i powiedzieć, że jak ktoś głupio pożycza, to musi sam ponieść tego konsekwencje. Historycy powinni jeszcze dorzucić, że honorowy biznesmen w XIX wieku, w sytuacji niewypłacalności, strzelał sobie w łeb, a prawnicy zachęcić bankierów do tego czynu, przypominając, że za zaistniałą sytuację jest jeszcze odpowiedzialność karna. Tak się jednak nie stało. Politycy, cała klasa polityczna państw zachodnich była na garnuszku finansistów, którzy nie szczędzili nigdy pieniędzy na ich kampanie wyborcze, a gdy zabrakło państwowej posadki, to przygarniali na stanowiska „doradcze” w swoich bankach i firmach bezrobotnych polityków. Poza tym, przyznajmy uczciwie, finansiści mieli całkiem poważny i racjonalny argument polityczny: wielkimi inwestorami w sektorze bankowym były (i są) różnego rodzaju fundusze inwestycyjne i emerytalne. Bankructwo banków oznaczałoby bankructwo wielu takich funduszy i w tej sytuacji politycy musieliby powiedzieć na przykład 20 milionom ludzi, że zbierane przez nich pieniądze na emeryturę właśnie przestały istnieć. Dlatego rządy wyłożyły setki miliardów dolarów i euro na dofinansowane upadających banków. W tym momencie powstał socjalizm korporacyjny, czyli doktryna, że państwo wspomaga finansowo wielkie korporacje, ponieważ te „są zbyt wielkie, aby upaść”, ponieważ ich upadek będzie oznaczać katastrofę polityczną dla aktualnie rządzących.

Każdy liberał wie, że z socjalizmem jest jak z ćpaniem: gdy zaczniesz dawać sobie w żyłę, to nie możesz przestać. Słusznie liberałowie nauczają, że gdy nauczymy kogoś, że państwo raz mu dało, to przy kolejnych kłopotach ten ktoś kolejny raz przybiegnie po państwowe pieniądze. Dofinansuj raz deficytową firmę, to po pół roku lub za rok będziesz musiał dofinansować ją raz jeszcze, gdyż się to jej „należy” – powiedzą zgodnie jej właściciele i pracownicy. Mechanizm ten identycznie zadziałał w przypadku wielkich korporacji, które wyrosły dzięki polityce neoliberalnej. Dlatego też najwięksi współcześni udziałowcy wielkich korporacji – zbierający się corocznie na Światowych Forach Ekonomicznych w Davos – uznali, że dawna doktryna o zbędności państwa stała się przestarzała. Za pomocą książek przewodniczącego tego Forum, czyli Klausa Schwaba, ogłosili, że państwo ma cały czas pomagać wielkim korporacjom, ponieważ wolny rynek się skończył. Nastał czas socjalizmu korporacyjnego.

Najnowsze