Na niespełna rok przed wyborami parlamentarnymi trwają spekulacje na temat możliwych porozumień, zarówno po stronie obozu rządowego, jak i wśród aktualnej opozycji, uznawanej przez większość komentatorów za „prawicową”. Zawiązanie ewentualnych sojuszy może mieć kluczowy wpływ na kształt przyszłego Sejmu oraz Senatu.
Uśrednione badania opinii publicznej pod koniec października wskazują dość jednoznacznie, że w przypadku samodzielnego startu najważniejszych ugrupowań na nadwiślańskiej scenie politycznej tzw. prawicowy blok może liczyć na wyraźną większość w kolejnym Sejmie. Co prawda Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego według średniej sondażowej wyląduje pod progiem wyborczym, ale na stratach formacji nazywanej przez złośliwców „Rozbojem Plus” zyskuje Prawo i Sprawiedliwość, które – jak się wydaje – chwilowo największy dołek ma już za sobą. Notowania Konfederacji Wolność i Niepodległość od ponad roku są w trendzie bocznym, natomiast Konfederacja Korony Polskiej w długim terminie stopniowo zyskuje i zbliża się do ugrupowania dawnych koalicjantów. Niezależnie od tego, ile opozycyjnych partii przekracza próg wyborczy, ów potencjalny blok – póki co palcem na wodzie pisany – może liczyć na spokojną większość.
Blok Tuska?
Co prawda Koalicja Obywatelska w sondażach trzyma się mocno, ale wobec słabości swych aktualnych sojuszników po przyszłorocznej elekcji może nie mieć z kim utworzyć rządu. Odpowiedzią na tę bolączkę miałaby być jedna lista partii współtworzących uśmiechniętą koalicję. Jak wynika z badania United Surveys by IBRiS dla „Wirtualnej Polski” taki blok czterech partii rządzących, czyli – oprócz KO – Polski 2050, Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz Nowej Lewicy mógłby liczyć na 39,4 procent poparcia, co przełożyłoby się na wprowadzenie 228 posłów do Sejmu. Z kolei według sondażu przeprowadzonego przez Ogólnopolską Grupę Badawczą dla „Liberté” na startujące razem partie koalicji rządzącej zagłosowałoby 44,3 proc. respondentów, co dałoby koalicji październikowej minimalną większość w postaci 231 mandatów. Dokładne liczby nie mają tu znaczenia. Liczy się natomiast to, że w przypadku utworzenia jednego „bloku Tuska” partie obecnie rządzące radykalnie zmniejszają dystans do przodującej w sondażach opozycji, a nawet ją wyprzedzają.
Zwolennikami takiego rozwiązania są politycy KO, a jego orędownikiem ma być nawet szef rządu warszawskiego Donald Tusk. Dla formacji byłego „króla Europy” takie rozwiązanie byłoby niewątpliwie korzystne i pozwoliłoby na ostateczne podporządkowanie sobie „przystawek”. Liderzy mniejszych formacji patrzą na ten pomysł, przynajmniej póki co, inaczej. Prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz, pytany o to, czy kwestia wspólnego lub osobnego startu ludowców w wyborach „jest już przesądzona”, odparł nieco wymijająco, iż „PSL szykuje się do samodzielnego startu”. Z kolei wicepremier Krzysztof Gawkowski z Nowej Lewicy, pytany o wspólny start partii rządzących, stwierdził, iż „trudno mu to sobie wyobrazić”. Przewodniczący tej formacji Włodzimierz Czarzasty chciałby natomiast stworzenia jednej lewackiej listy, na której widziałby nawet pozostającą aktualnie w opozycji Partię Razem. Marszałek Sejmu przekonywał, że ma „umiejętności sztukmistrza z Grochowa do tego, żeby próbować ludzi dogadywać” i jest cierpliwy.
Do rozmów na temat formuły startu w wyborach koalicjanci mają usiąść w lutym przyszłego roku, a jak na razie w koalicji uśmiechu jakby mniej i trudno sobie wyobrazić wielkie zjednoczenie. Po rzuceniu papierami i odejściu z rządu byłej minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz premier pokazał Polsce 2050 jej miejsce w szeregu, proponując własną kandydatkę na szefową resortu dotychczas przynależnego tej partii. Z kolei po głosowaniu ws. dwukadencyjności ludowcy nie kryli żalu do Lewicy i w ostrych słowach publicznie krytykowali swoich sojuszników. Na dziś najbardziej realnym scenariuszem wydaje się zatem stworzenie dwóch bloków, a więc jednego udającego bardziej konserwatywny i drugiego o skrajnie lewicowym charakterze. Blisko rok to jednak w polityce szmat czasu i wiele może się zdarzyć. Nie należy zapominać, że w przeszłości na kilka miesięcy przed wyborami pojawiały się nowe partie albo tworzone były koalicje, stwarzające przed elektoratem pozór świeżości. Ten drugi scenariusz miał dwukrotnie miejsce w przypadku PSL. Ludowcy startowali do Sejmu a to tworząc Koalicję Polską, a to Trzecią Drogę.
Pakt czworga
Tymczasem po drugiej stronie sceny politycznej odbywają się negocjacje dotyczące zawiązania tzw. prawicowego paktu senackiego. Jak ujawnił w rozmowie z „Do Rzeczy” poseł Konfederacji Grzegorz Płaczek „od kilku miesięcy trwają poważne rozmowy” na temat takiego porozumienia. Polityk zdradził, że uczestniczą w nich przedstawiciele Pałacu Prezydenckiego, zaś „w gronie, w którym toczą się rozmowy, są również przedstawiciele Konfederacji Korony Polskiej”. To właśnie, niezbędna dla jakiegokolwiek sensu sojuszu, partycypacja w nim partii Grzegorza Brauna budziła największe wątpliwości. Od współpracy z formacją polskiego posła do Parlamentu Europejskiego odcinał się zdecydowanie prezes PiS Jarosław Kaczyński i inni politycy tej formacji. Także lider Rozwoju Plus Mateusz Morawiecki powiedział w wywiadzie dla „WP”, że „nie tylko chcą być zaporą ogniową dla Donalda Tuska (…), ale chcą być też zaporą ogniową właśnie dla Brauna”. Były premier zdradził także w ubiegłym tygodniu, że jego ugrupowanie podejmie decyzję o tym, czy w ogóle siadać do jednego stolika z ludźmi Brauna za kilka dni.
Na niespełna rok przed wyborami parlamentarnymi ani Kaczyński, ani Morawiecki nie mają jednak komfortu dyktowania warunków. Październikowa średnia sondażowa pokazuje, iż PiS cieszy się mniejszym poparciem niż dwie Konfederacje liczone łącznie, a Rozwój Plus musi martwić się o to, jak przekroczyć próg wyborczy. Co więcej, żaden z nich nie jest uważany za lidera „prawicy” nawet przez wyborców deklarujących się jako „prawicowi”. W niedawnym badaniu OGB zapytano respondentów o to, jak oceniają działalność danego polityka. Ku zaskoczeniu na pierwszym miejscu wśród „liderów prawicy” znalazł się wicemarszałek Sejmu Krzysztof Bosak, którego pozytywnie oceniła blisko połowa badanych. Zarówno były „naczelnik państwa”, który latami monopolizował tę stronę sceny politycznej, jak i były szef rządu tzw. Zjednoczonej Prawicy stracili do konfederaty po kilkanaście punktów procentowych. Na kolejnych miejscach też było ciekawie, gdyż okazało się, że działalność Brauna jest oceniana lepiej, niż prezesa Nowej Nadziei Sławomira Mentzena. Wszystko to potwierdza, iż wielka zmiana na prawicy, o której donosimy od dłuższego czasu, dokonuje się na naszych oczach w zawrotnym tempie.
Tymczasem prawacki pakt senacki, jeżeli w ogóle miałby mieć jakiś sens i dać większość w izbie wyższej obecnej opozycji, musiałby obejmować wszystkie cztery liczące się podmioty. Bez zawiązania takiego sojuszu Senat z całą pewnością pozostanie w rękach uśmiechniętej koalicji. Na szczęście dla ewentualnych uczestników ów pakt to nie wspólna lista, a de facto jedynie porozumienie o nieagresji. Przeciwnicy takiego układu dwóch Konfederacji z PiS-em wskazują jednak, że ewentualna przyszła koalicja nie jest przesądzona. Co prawda formowany już regularnie przez media blok prawicowy zapewne będzie miał przewagę, jednak różnice osobowe oraz ideologiczne pomiędzy partiami są ogromne i mogą stanowić przeszkodę w stworzeniu rządu lub sprawić, iż większość sejmowa będzie wisiała na włosku. Co więcej, dość słaba pozycja ustrojowa Senatu w Polsce sprawia, iż da się sprawować władzę bez posiadania przewagi w tej izbie, co poddaje w wątpliwość sens wchodzenia w konszachty z politykami grupy rekonstrukcji historycznej sanacji przedstawicieli jednej i drugiej Konfederacji.


