Strona głównaGŁÓWNYGrzegorz Braun: Opcja ZERO zamiast zmagań plemion PiS-PO

Grzegorz Braun: Opcja ZERO zamiast zmagań plemion PiS-PO

-

- Reklama -

Spektakl i szopka pod Trybunałem Konstytucyjnym oraz wokół niego skłaniają do tego, żeby po raz kolejny „wezwać do opcji zero, a nie do resetu konstytucyjnego – bo ten wymagałby jakiejś konsensualnej zgody, a samo podniesienie takiej koncepcji implikuje założenie niemożliwe do spełnienia” – uważa Grzegorz Braun.

Lider Konfederacji Korony Polskiej przekonuje, że „mamy sytuację, w której o wesołym oberku mowy już być nie może”. Dodaje: „W sądownictwie, broniąc dziś Trybunału Konstytucyjnego, nie wahajmy się zadawać bardzo prostego pytania o celowość i sensowność podtrzymywania tego bytu. Z jakiego powodu nie rozważyć przeniesienia tych wszystkich spraw do Sądu Najwyższego? Z jakiego powodu miałby tu działać jakiś dualizm?”. W rozmowie z Markiem Skalskim przewodniczący „Korony…” pokazuje też, co sprawa Trybunału Konstytucyjnego ma wspólnego ze sprawą… prywatnego zoo na Dolnym Śląsku.

- Reklama -

Marek Skalski: Szczęść Boże! Pozdrowienia z redakcji NCz! Zanim zapytam o sprawy krajowe, powiedz proszę naszym Czytelnikom, co słychać w Europarlamencie?

- Reklama -

Grzegorz Braun: Szczęść Boże z Brukseli. Gdy rozmawiamy, dobiega końca kolejny tydzień jałowych, fasadowych, propagandowo-korupcyjnych aktywności Parlamentu Europejskiego. Chciałoby się powiedzieć: tydzień jak co tydzień, ale jest pewna nowość na rynku, mianowicie strzelanina na ulicy. W ostatnich dniach jakiś gang motocyklowy odstrzelił — kilkaset metrów od miejsca, z którego udzielam wywiadu — jakiegoś nieszczęśnika. Akcja jak z serialu telewizyjnego. Nie byłoby w tym może niczego nadzwyczajnego, bo codziennie w szerokim świecie dochodzi do różnych aktów przemocy, także ze skutkami śmiertelnymi. Ale to jest, szanowni Czytelnicy, samo serce stolicy eurokołchozu — Bruksela, Śródmieście, europarlamentarne „zakazane miasto”. Generalnie mieszkają tu tylko urzędnicy, europarlamentarzyści i ich asystenci.

- Reklama -

Bezpieczeństwo w eurokołchozie naprawdę nie stoi pod znakiem zapytania — to czysta iluzja. Od czasu do czasu przestępczy, korupcyjny charakter tej europejskiej elity wychodzi na jaw, a teraz widzimy, że to już dosłownie przenika się ze światem, w którym toczy się wojna gangów narkotykowych.

Tytułem uzupełnienia do tego, o czym mówi mój gość: Adam Gwiazda, nasz współpracownik, z którym kiedyś próbowaliśmy robić francuskojęzyczny portal wolnościowy, poinformował, że w centrum Warszawy tak zwany obywatel francuski dokonał rabunku — zaatakował jakąś osobę i zerwał jej złoty łańcuszek z szyi. Pan Adam skomentował to zabawnie, mówiąc, że sprawca wykazał się francuskim patriotyzmem, bo zrobił to w okolicach Ronda de Gaulle’a w Warszawie.

Czy to był obywatel francuski z reeksportu subsaharyjskiego?

Policja podaje suchy komunikat, w którym stwierdza jedynie, że to obywatel francuski. Jak widziałem zdjęcia, to raczej nie był jakiś rodowity mieszkaniec Gujany Francuskiej, Akwitanii czy Szampanii. Raczej chodzi o inne regiony, może zamorskie departamenty — trudno powiedzieć. Tymczasem w Warszawie, na ul. Szucha 12A…

…Toczą się dwie równoległe akcje. Pierwsza ma miejsce pod Trybunałem Konstytucyjnym i we wnętrzu tej instytucji, która powinna być ostoją państwa, stabilności, ustroju i architektury administracyjnej. Nie jest, skoro dochodzi tam do przepychanek. Obserwując to z oddalenia, podczas delegacji na obczyźnie, zachodzę w głowę, dlaczego osoby drugie i trzecie w państwie pozostają bierne w tej sprawie. Są jacyś ministrowie, byli i obecni, a także wicemarszałkowie. Równocześnie marszałek post-PRL-owski, neo-eurokołchozowy, PZPR-owski Czarzasty patronuje tej szopce albo sam ją kreuje — przedstawieniu, które, jak słyszymy z wypowiedzi pana Prezydenta, jest po prostu spektaklem, pustą formą, która nie zrodziła żadnej treści ani automatyzmu prawnego. Jest to spektakl z panem Berkiem (nominowanym przez Sejm na przewodniczącego TK, ale nie „podpisanym” przez Prezydenta — dop. red.) w roli protagonisty i panem Czarzastym jako samozwańczym kreatorem sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Skoro to czyni marszałek, gdzie są wicemarszałkowie? Jeśli pan sędzia Trybunału Święczkowski toczy jakąś walkę z przeważającymi siłami uzurpatorów, dlaczego toczy ją w osamotnieniu? Nie wiem, czy z własnego wyboru, czy z zaniechania, czy czyjegoś zaniedbania…

Cała ta sytuacja skłania do tego, żeby po raz kolejny wezwać do opcji zero, a nie do resetu konstytucyjnego — bo ten wymagałby jakiejś konsensualnej zgody, a samo podniesienie takiej koncepcji implikuje założenie niemożliwe do spełnienia: że te walczące plemiona się zgodzą, nastąpi rozejm, porozumienie i wszystko zakończy się wesołym oberkiem… Moim zdaniem mamy sytuację, w której o wesołym oberku mowy już być nie może. Dlatego Konfederacja Korony Polskiej idzie o krok dalej i mówimy po prostu o opcji zero.

W sądownictwie, broniąc dziś Trybunału Konstytucyjnego, nie wahajmy się zadawać bardzo prostego pytania o celowość i sensowność podtrzymywania tego bytu. Z jakiego powodu nie rozważyć przeniesienia tych wszystkich spraw do Sądu Najwyższego? Z jakiego powodu miałby tu działać jakiś dualizm? Czy podtrzymywanie bytu Trybunału Konstytucyjnego nie będzie proszeniem się o powtórkę z historii, o kolejne tego typu sytuacje, bez względu na to, jak zakończy się bieżący rozwój wydarzeń?

Dla mnie kropką nad „i” jest wypowiedź pana Prezydenta, który stwierdza, że pan nieczynny radca prawny Berek nie złożył przed nim ślubowania. To moim zdaniem po prostu wyczerpuje temat. Sam fakt jest oczywisty, ale stwierdzenie go przez pierwszą osobę w państwie doprowadza sytuację do punktu, w którym każdy, kto chciałby ciągnąć tę operetkę (dopisywać kolejne akty z Berkiem, Czarzastym i Tuskiem…), kwestionuje Urząd Prezydencki. Jeśli do tego ten scenariusz ma zmierzać — proszę bardzo. Ale z całą pewnością my, polscy państwowcy, nie da(j)my się obsadzać w rolach uczestników tego kontredansu, w rolach tych zmagań plemion PiS–PO…

„My dzisiaj wyrzucamy waszych, a jutro wasi wyrzucają naszych — i co nam zrobicie, skoro nie wydrukujemy waszego wyroku?” — trzeba wyjść poza ten duopol! Czy to stanie się możliwe, zależy po prostu od wyniku najbliższych wyborów parlamentarnych…

A druga akcja, która równolegle toczy się z pierwszą?

Druga, żeby było jeszcze straszniej i śmieszniej, toczy się na Dolnym Śląsku. Chodzi o wyprowadzenie z prywatnego ogrodu zoologicznego… czworonożnego dobytku. Zwierząt nie widziałem, ale kordony policyjne już tak!

Rzecz dotyczy prywatnego ZOO na Dolnym Śląsku. Akcja wzbudziła spore emocje. Właściciel zoo i jego pracownicy protestowali przeciwko działaniom policji, publikując w mediach społecznościowych nagrania i apele do mieszkańców o przybycie pod zoo, by „patrzeć służbom na ręce”. Krytykowali m.in. sposób transportu oraz skalę zaangażowania sił policyjnych.

Szanowni Czytelnicy, to bynajmniej nie jest sytuacja wyłącznie anegdotyczna. Jest owszem tragikomiczna, karykaturalnie komiczna, groteskowa, ale dotyka kwestii kluczowych, prawnoustrojowych. Ujawnia stosunek władzy państwa nieprawnie polskiego do własności prywatnej. Konfederacja Korony Polskiej – i chwała Bogu, media prawdziwie niezależne – nie od dziś, nie od wczoraj, tylko zawsze sprzeciwiamy się uzurpacji ekoterrorystów przebranych za NGO-sy, organizacje pozarządowe, z których doniesień policja i administracja organizują postępowania i działania przeciwko gospodarzom, przeciwko właścicielom zwierząt.

Świat został postawiony na głowie: zwierzę zostało wyniesione na piedestał, zakwestionowana została relacja człowiek–zwierzę, właściciel–dobytek. Tego już nie ma, odkąd ekoterroryści mogą chłopu sprowadzić do zagrody policję, odkąd prywatny zoolog na gwizdnięcie ekoterrorystów – którzy notabene nie robią tego za Bóg zapłać, tylko czerpią z tego wymierne korzyści – zostaje, nie wiem, czy całkiem postawiony w stan likwidacji, ale na pewno ma zdezorganizowaną pracę.

Przypomnę, może to będzie mój skromny wkład w refleksję okołozoologiczną, że historia ogrodów zoologicznych w Europie to historia prywatnej przedsiębiorczości. Ponieważ akcja toczy się na Dolnym Śląsku, przypomnę wrocławski ogród zoologiczny. W czasach PRL-u cieszył się zasłużoną sławą program telewizyjny „Z kamerą wśród zwierząt”. W PRL-u był to ogród państwowy, ale pierwotnie, w XIX wieku, kiedy go zakładano – a ja, jako ówczesny mieszkaniec Wrocławia, z ciekawości kiedyś na własny użytek „doktoryzowałem się” z historii tego zoologu – była to spółka akcyjna. Paru obywateli miasta Wrocławia postanowiło wydać własne pieniądze, żeby stworzyć ludziom niedzielną rozrywkę. Dlaczego? Dlatego, że wtedy nikomu by do głowy nie przyszło, żeby pieniądze odebrane obywatelom w podatkach wydawać na pokazywanie tygrysa czy krokodyla.

I teraz bardzo pięknie wracamy do normalności: powstają prywatne zagrody, ogrody, a nawet safari w polskich warunkach – polnych, górskich. Są takie biznesy, a interwencja państwa w tej dziedzinie jest po prostu nieuczciwą konkurencją i utrudnianiem realizacji takich projektów.

Ciekawe spostrzeżenie… Wydawanie pieniędzy podatnika na oglądanie krokodyla to fanaberia.
W XIX wieku świat jeszcze nie stał na głowie, więc niezależnie od tego, czy była to Rosja, Prusy, Austria czy inne kraje, nikomu by nie przyszło na myśl, żeby fundusze publiczne, pobrane w podatkach, wydawać na fanaberię. Do takich fanaberii zaliczano nie tylko ogród zoologiczny czy cyrk, ale także teatr i występy muzyczne. We Wrocławiu ta historia miała piękny, naturalny rozwój. Z tego powodu, że otwarto ogród zoologiczny za kolejnym zakolem Odry, inni wrocławscy przedsiębiorcy postanowili zainwestować w pierwszą linię tramwajową do zoologu. Stworzyło to popyt i nagle zaczęło się opłacać zainwestować w taki wymagający poważnych wydatków sprzęt jak tramwaj – na początek konny, spod poczty przy ulicy Krasińskiego. Linia ruszała do zoologu, bo był popyt.

Kto to zmienił? Kto to zniszczył? Narodowi socjaliści czy socjalistyczni narodowcy? Władza NSDAP doprowadziła najpierw do municypalizacji, a potem do upaństwowienia różnych przedsiębiorstw.

Dziś miejmy świadomość, że żyjemy w świecie, który w tych prawnoustrojowych założeniach – przejawiających się w nonszalanckim, w najlepszym wypadku, a w gorszym – brutalnym stosunku do ludzkiej własności i prywatnej przedsiębiorczości – kontynuuje te „zdobycze”, jak to się mówiło w propagandzie PRL-owskiej, poczynione przez reżimy sowiecki i nazistowski. Nie ma w tym żadnej przesady. To, co oni wprowadzili, negując cywilizowane zasady, z poszanowaniem prawa własności jako zasady kluczowej, dziś w ramach eurokołchozu, w naszym polskim landzie eurokołchozowym, jest kontynuowane.

Zepnę to wspólną klamrą: ten stosunek do prawa, do formatu cywilizacyjnego, w sposób zadziwiająco jasny i dobitny przejawia się i w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, i w sprawie zoologu z Dolnego Śląska.

Jeśli chodzi o te zwierzęce sprawy, mamy piękną tradycję prywatnych ośrodków fundowanych przez osoby z naszej arystokracji. Jan Zamoyski stworzył pierwszy zwierzyniec jeszcze w XVI wieku w Zamościu. Dziś nazwa „Zwierzyniec” właśnie stąd pochodzi. My o tej historii z prywatnym zoo w miejscowości Łączna mówimy z uśmiechem, ale prawda jest taka, że tam ma miejsce dramat konkretnych ludzi. Właściciel szturmowanego przez policję zoo budował je przez 30 lat. To jego pasja, hobby, ale też sposób na utrzymanie siebie i rodziny. Dokupywał ziemię, inwestował. I przychodzą łobuzy… — trudno mi nazwać inaczej aktywistów z DIOZ-u. Wyciągają z gospodarstw zwierzęta rolników, bo w schronisku „będą miały lepiej”. Analogia jak przy zabieraniu dzieci z rodziny, bo „dziecko ma źle w rodzinie, zabierzemy do domu dziecka, tam będzie miało lepiej”. Nigdy takie dziecko nie ma lepiej. To przykre, tragiczne historie. To kolejny akt terroru wobec ludzi, którzy mają własne biznesy, własne przedsiębiorstwa, którzy starają się funkcjonować w XXI wieku. Jest to coraz trudniejsze, bo presja państwowego lewiatana, uzbrojonego w pseudoaktywistów, którzy niszczą aktywność ludzką, a nie budują, de facto niszczy dzieła życia tych ludzi. To smutne i przerażające, i to musi się skończyć.

Najnowsze