Polska wchodzi w fazę otwartej anarchii ustrojowej. Nie jest to skutek uboczny „walki o praworządność”, lecz celowy efekt działań obozu władzy, który od miesięcy rozmontowuje niezależne instytucje, by zastąpić je własnymi konstrukcjami. Trybunał Konstytucyjny, urząd Prezydenta RP i Narodowy Bank Polski stały się polami tej operacji. Łączy je jedna logika: jeżeli organ nie chce tańczyć tak, jak zagra premier, należy go zignorować, sparaliżować albo zastąpić własnym odpowiednikiem. Nie jest to chaos przypadkowy. To metoda. To, co Donald Tusk i Włodzimierz Czarzasty nazywają „przywracaniem ładu”, w rzeczywistości oznacza budowanie równoległego porządku prawnego, w którym Konstytucja obowiązuje wybiórczo, tylko wtedy, gdy służy interesom rządzącej koalicji.
Maciej Berek – do niedawna minister ds. nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu i człowiek, którego sam Donald Tusk publicznie nazywał swoją „prawą ręką” – został 4 września 2026 r. nominowany przez Sejm na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Jego kandydatura od początku budziła wątpliwości, nawet w części środowisk liberalnych. Jeszcze niedawno ta sama większość uchwaliła bowiem ustawę wprowadzającą czteroletnią karencję dla byłych członków rządu i wysokich urzędników. Podkreślano wówczas, że osoba, która zasiadała w rządzie, powinna odczekać kilka lat, zanim otrzyma nominację do takiego organu jak Trybunał Konstytucyjny. Karencja, czyli polityczny i prawny „okres kwarantanny” dla osoby pełniącej wcześniej określoną funkcję została w przypadku p. Bereka zignorowana. Rządząca większość postanowiła wybrać do TK człowieka, który jeszcze przed chwilą był kluczowym ministrem i bliskim współpracownikiem szefa rządu. Karencja miała stanowić zabezpieczenie i symbol przestrzegania przejrzystych reguł. Tymczasem w praktyce została pominięta lub wyłączona na potrzeby konkretnego awansu politycznego.
Dwa Trybunały i próba siłowego przejęcia
Prezydent Karol Nawrocki nie odebrał ślubowania od Macieja Berka, wskazując na wątpliwości dotyczące spełnienia ustawowego wymogu dziesięcioletniego stażu w zawodzie prawniczym. Kancelaria Prezydenta domagała się w tej sprawie wyjaśnień, które – w jej ocenie – nie zostały udzielone w sposób przekonujący.
14 października Berek złożył przysięgę w gabinecie marszałka Sejmu Włodzimierza Czarzastego, używając formuły „wobec prezydenta”, mimo że głowy państwa nie było na miejscu. Następnie złożył w Kancelarii Prezydenta dokument z notarialnie poświadczonym podpisem i udał się do siedziby Trybunału Konstytucyjnego. Urzędujący prezes TK, Bogdan Święczkowski, nie dopuścił go do orzekania, uzależniając dalsze działania od decyzji prezydenta. Nawrocki oświadczył wprost, że Berek nie jest sędzią Trybunału Konstytucyjnego i że TK będzie działał w dotychczasowym składzie. Przed budynkiem Trybunału doszło do przepychanek z policją. Tusk zapowiedział, że państwo będzie „przywracać ład prawny dostępnymi metodami”. Nie powinno to dziwić. Obóz rządzący od miesięcy zapowiadał różne warianty „wejścia” Berka do Trybunału i „wyjścia” Święczkowskiego z jego struktur.
W praktyce mamy dziś dwa równoległe byty. Z jednej strony działa Trybunał pod przewodnictwem Święczkowskiego, który uznaje wyłącznie sędziów zaprzysiężonych przez prezydenta, zgodnie z dotychczasową praktyką, i od miesięcy nie dopuszcza do orzekania części osób wybranych przez obecną większość sejmową. Z drugiej strony mamy grupę sędziów – łącznie z Berkiem jest ich już ośmioro – którzy powołują się na opinię Komisji Weneckiej, organu doradczego Rady Europy, i twierdzą, że złożenie ślubowania w alternatywnej formie wystarcza do objęcia urzędu.
Opublikowana 13 października opinia Komisji Weneckiej (a precyzyjniej: Europejskiej Komisji na rzecz Demokracji przez Prawo) wskazuje, że prezydent powinien niezwłocznie odbierać ślubowanie od prawidłowo wybranych sędziów i nie przypisywać sobie prawa do kontrolowania parlamentarnej procedury ich wyboru. Opinia ta sprawia więc wrażenie unijnego koła ratunkowego dla formacji Tuska, która stosuje metodę faktów dokonanych i oczekuje, że druga strona po prostu się podporządkuje.
Mamy więc dwa trybunały: jeden nazywany „Trybunałem Tuska”, drugi zaś – ten, którego Tusk i Czarzasty nie uznają. Nie jest to spór kompetencyjny dotyczący interpretacji jednego przepisu. To tworzenie dualizmu ustrojowego, w którym o tym, kto jest sędzią i czyj wyrok obowiązuje, decydują nie Konstytucja i ustawa, lecz aktualny układ sił oraz wola większości parlamentarnej.
Berek sam mówił, że jest gotów złożyć ślubowanie w innej formie niż tradycyjna. Stwierdził również, że sędziowie wybrani przez obecną większość mają „przemyślany i przygotowany” plan przywrócenia funkcjonowania Trybunału z wykorzystaniem obowiązujących przepisów, w tym tych uchwalonych przez poprzednią kadencję. Rząd nie ukrywa determinacji. Pojawiały się nawet doniesienia o przygotowanym scenariuszu siłowym. Dla obserwatorów z prawej strony sceny politycznej to kolejny dowód na to, że szafowanie przez KO i Lewicę hasłem „odpolitycznienia” było od początku… narzędziem politycznym, a nie celem samym w sobie.
Abdykacja według Tuska i scenariusz Michalkiewicza
W tym samym czasie premier stwierdził, że prezydent Karol Nawrocki, odmawiając przyjęcia ślubowania, „zawiesza sam siebie, abdykuje z obowiązków, które nakłada na niego Konstytucja”. To sformułowanie nie jest przypadkowe. Warto w tym miejscu wrócić do tezy Stanisława Michalkiewicza sprzed kilku miesięcy, który interpretował konfrontacyjne działania i wypowiedzi władzy jako element próby wypchnięcia prezydenta z realnego obiegu decyzyjnego, a w skrajnym wariancie – stworzenia sytuacji, w której marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty mógłby wystąpić w roli zastępcy głowy państwa.
Michalkiewicz zastanawiał się półżartem, pół serio nad scenariuszem „pełzającego” lub „aksamitnego” zamachu stanu – przeprowadzonego nie za pomocą czołgów na ulicach, ale za pomocą precyzyjnie uszytych paragrafów i dyspozycyjnych sędziów. Mógłby do tego posłużyć art. 131 Konstytucji, który miał być w założeniu czysto technicznym i bezpiecznym zaworem bezpieczeństwa — instrukcją obsługi państwa na wypadek, gdyby Prezydent RP uległ ciężkiemu wypadkowi, zapadł w śpiączkę lub z przyczyn losowych utracił kontakt ze światem. Istnieje jednak obawa, że w rękach zdeterminowanej większości rządzącej przepis ten mógłby stać się wytrychem do pozbawienia głowy państwa władzy bez konieczności przeprowadzenia skomplikowanej procedury impeachmentu (np. przed Trybunałem Stanu). Wystarczy spełnić dwa warunki:
1) Zastosować odpowiednią interpretację: uznać, że „przejściowa niemożność” oznacza nie tylko śpiączkę, ale również np. „chorobę psychiczną”, „przeszkodę zdrowotną” czy jakikolwiek inny stan wykreowany przez politycznych przeciwników.
2) Mieć „swój” Trybunał Konstytucyjny: to TK ostatecznie decyduje, czy przeszkoda rzeczywiście istnieje. Kontrola nad większością sędziowską w Trybunale może więc pozwolić władzy arbitralnie wyłączyć prezydenta z gry.
Jeżeli ta sama większość parlamentarna kontroluje rząd, Sejm (wraz z jego Marszałkiem) oraz Trybunał Konstytucyjny, to w razie ostrego starcia z opozycyjnym prezydentem pojawia się pokusa radykalnego rozwiązania: Marszałek Sejmu składa wniosek do TK o uznanie, że prezydent nie jest w stanie sprawować urzędu. Przejęty politycznie Trybunał przyklepuje ten wniosek bez zbędnych pytań. Marszałek Sejmu automatycznie przejmuje obowiązki głowy państwa (w tym uprawnienia związane z podpisywaniem ustaw, nominacjami czy dowodzeniem armią). W efekcie dochodzi do przejęcia pełni władzy wykonawczej na skróty, z zachowaniem pozorów pełnej legalności i „poszanowania Konstytucji”. Obóz władzy osiąga cel polityczny, powołując się na literę prawa, choć brutalnie gwałci jego ducha.
W scenariuszu, który Michalkiewicz szkicował, kluczowe jest właśnie zbudowanie „własnego” Trybunału. Jeżeli sędziowie wybrani przez obecną większość — w tym Berek — zaczną funkcjonować jako pełnoprawny skład i orzekać w sprawach, które dotychczas były blokowane lub kwestionowane, wówczas wniosek Marszałka Sejmu o stwierdzenie przejściowej niemożności sprawowania urzędu przez prezydenta może trafić do organu, który nie będzie już niezależny od koalicji rządzącej. W takim układzie orzeczenie stwierdzające, że prezydent „nie wykonuje obowiązków” (na przykład z powodu systematycznej odmowy składania ślubowań, dokonywania nominacji czy udzielania kontrasygnaty), otwierałoby drogę do powierzenia Czarzastemu tymczasowego wykonywania części kompetencji głowy państwa.
Michalkiewicz podkreślał, że nie musi chodzić o formalne usunięcie prezydenta z urzędu ani o stwierdzenie jego trwałej niezdolności do sprawowania urzędu przez Zgromadzenie Narodowe. Wystarczy stworzyć sytuację faktyczną, w której urząd Prezydenta zostaje wypchnięty z realnego obiegu decyzyjnego, a kluczowe akty – ślubowania sędziów, nominacje i kontrasygnaty – są albo ignorowane, albo realizowane za pośrednictwem Marszałka Sejmu. W skrajnym wariancie Czarzasty – jako Marszałek Sejmu, a zarazem osoba, która już dziś organizuje alternatywne ślubowania i publicznie kwestionuje działania prezydenta – mógłby wystąpić w roli faktycznego zastępcy głowy państwa w sprawach, które większość uzna za „zablokowane” przez Nawrockiego. Mielibyśmy wtedy… dwóch prezydentów: Prezydenta i „prezydenta”.
Słowa Tuska o „abdykacji” Nawrockiego wpisują się w ten schemat. Premier tworzy publiczną narrację, według której prezydent niejako sam rezygnuje z wykonywania obowiązków konstytucyjnych. Narracja ta może zostać następnie wykorzystana jako argument w ewentualnym wniosku do Trybunału. Czarzasty od miesięcy przygotowuje grunt: ogłasza, że sędziowie złożą ślubowanie „w innej formie”, powołuje się na Komisję Wenecką, krytykuje prezydenta za „gubienie się” i zapowiada, że rządzącym „skończyła się cierpliwość”. Równolegle rząd ignoruje wyroki istniejącego Trybunału. Powstaje sytuacja, w której jedna strona uznaje jedne organy, a druga – inne. To definicja anarchii prawnej, a zarazem środowisko, w którym scenariusz opisany przez Michalkiewicza staje się możliwy do realizacji.
Ta predykcja nie była odosobniona. Środowiska bliskie Konfederacji Korony Polskiej oraz prawicowi publicyści od dawna wskazywali, że obóz władzy nie zamierza czekać na koniec kadencji prezydenta, lecz będzie próbował ograniczać jego realną pozycję za pomocą działań faktycznych.
Gra o NBP i próba usunięcia Glapińskiego
Trzeci front rząd otworzył wokół Narodowego Banku Polskiego. Zarząd NBP działa obecnie w niepełnym składzie. Ustawa przewiduje, że w jego skład wchodzi prezes oraz od sześciu do ośmiu członków, w tym dwóch wiceprezesów. Kadencja wiceprezes Marty Kightley zakończyła się w marcu 2026 r. Premier Donald Tusk odmówił kontrasygnaty pod postanowieniami prezydenta dotyczącymi powołania m.in. Ludwika Koteckiego, Przemysława Litwiniuka i Marcina Zarzeckiego. NBP informował, że podjął wszystkie działania przewidziane prawem i ponownie skierował wnioski do prezydenta. Bez kontrasygnaty premiera powołania te nie mogą dojść do skutku. W listopadzie 2026 r. kończy się kadencja wiceprezesa Adama Lipińskiego. Wówczas liczba członków zarządu może spaść poniżej ustawowego minimum. Równolegle sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej przyjęła sprawozdanie rekomendujące postawienie Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu. Rząd nie ukrywa, że celem jest odsunięcie prezesa NBP. Glapiński powołuje się na wyrok Trybunału Konstytucyjnego kwestionujący przepisy o automatycznym zawieszeniu go w obowiązkach i twierdzi, że postępowanie nie ma podstaw. Powstaje kolejny dualizm: jedna strona będzie uważać, że prezes jest zawieszony, druga – że nie.
Cel wydaje się czytelny. Niezależny bank centralny, którego prezes nie jest nominatem obecnej większości, stanowi dla niej przeszkodę. Zamiast czekać do końca kadencji Glapińskiego w 2028 r., tworzy się warunki do jego usunięcia lub sparaliżowania działalności instytucji. W przestrzeni publicznej pojawiają się nawet spekulacje o możliwości powołania kuratora albo zarządu komisarycznego. Podobnie jak w przypadku Trybunału, nie chodzi – zdaniem krytyków tych działań – o naprawę, lecz o przejęcie kontroli nad organem, który nie został jeszcze w pełni podporządkowany.
Wspólny mianownik
We wszystkich trzech sprawach powtarza się ta sama metoda. Najpierw ignoruje się istniejące organy albo odmawia się im współpracy. Następnie tworzy się argumentację, że druga strona „abdykuje”, „blokuje praworządność” lub „działa nielegalnie”. Wreszcie buduje się równoległe struktury albo procedury, które mają zastąpić te niewygodne. Konstytucja obowiązuje selektywnie. Wyroki Trybunału, które nie odpowiadają większości, uznaje się za nieważne. Decyzje prezydenta, które nie odpowiadają większości, określa się mianem „abdykacji”. To nie jest spór o interpretację przepisów. To świadome wprowadzanie anarchii prawnej, w której o ważności aktów i składów organów decyduje nie prawo, lecz aktualny układ sił…


