Charlie Cook, założyciel Cook Political Report, twierdzi, że przejęcie przez demokratów Izby Reprezentantów po listopadowych wyborach uzupełniających (tzw. wyborach środka kadencji) jest już w zasadzie przesądzone, natomiast ich szanse na zdobycie Senatu wyglądają na „bardzo realne”.
„Całkowicie zgadzam się, że kwestia Izby Reprezentantów jest już od dłuższego czasu rozstrzygnięta – mówi. – Jeśli chodzi o Senat, to jeszcze rok temu myśl o zmianie większości wydawała się nierealna, ale teraz jest to bardzo prawdopodobny scenariusz. To normalne zjawisko. Spotykało to każdą partię podczas wyborów środka kadencji, własny elektorat czuje rozczarowanie i frekwencja spada.”
Cook spodziewa się, że demokraci zdobędą około 20 mandatów w Izbie Reprezentantów oraz cztery lub pięć w Senacie. Jego zdaniem, wynik wyborów prawdopodobnie nie będzie przypominał „niebieskiej fali” (masowego zwycięstwa demokratów), lecz raczej „czerwony prąd wsteczny” (osłabienie pozycji republikanów).
Z kolei według firmy badawczej Decision Desk HQ istnieje 72-procentowe prawdopodobieństwo przejęcia przez demokratów Izby Reprezentantów oraz 54-procentowa szansa na odzyskanie przez nich kontroli nad Senatem. Eksperci zajmujący się sondażami wskazują, że prognozy przewidujące zwycięstwo demokratów w obu izbach Kongresu znajdują odzwierciedlenie w gwałtownym spadku poparcia dla Donalda Trumpa, większym entuzjazmie wyborców demokratów oraz w postawie kandydatów republikanów, którzy publicznie dystansują się od prezydenta w związku z wpływem wojny z Iranem na gwałtowny wzrost cen.
Najnowszy sondaż Reuters/Ipsos wykazuje, że wskaźnik poparcia dla prezydenta spadł do rekordowo niskiego poziomu 32 proc. Wśród republikanów poparcie dla jego działań zadeklarowało 72 proc. ankietowanych, podczas gdy tydzień wcześniej odsetek ten wynosił 82 proc. Dla porównania, tuż po drugiej inauguracji prezydenta, poparcie w tej grupie sięgało 91 proc.
Mimo zapowiedzi do dzisiaj pozostaje niejasne, czy Demokraci zdecydują się na kolejny impeachment Trumpa, biorąc pod uwagę, że dwie poprzednie próby – podjęte w trakcie pierwszej kadencji oraz krótko po jej zakończeniu – przyniosły jego uniewinnienie. Niedawna próba postawienia go w stan oskarżenia w związku z jego polityką deportacyjną – zainicjowana przez kongresmena Ala Greena (demokratę z Teksasu) – zakończyła się we wrześniu niepowodzeniem. Green zarzucił prezydentowi nadużycie władzy poprzez zaostrzenie działań imigracyjnych, co miało doprowadzić do śmierci obywateli USA.
Najważniejszym słowo: śledztwo
Amerykanie nie będą przeto w listopadzie wybierać nowego prezydenta, mogą jednak zdecydować, jak trudne będą ostatnie dwa lata prezydentury Trumpa. Jeśli więc Demokraci odbiją Izbę Reprezentantów, a być może również Senat, w Waszyngtonie skończy się czas politycznego komfortu dla Białego Domu. Trump pozostanie prezydentem, będzie miał władzę wykonawczą i nadal będzie mógł wetować ustawy, ale po drugiej stronie Kapitolu pojawi się opozycja, która nie będzie już tylko komentować jego polityki, gdyż będzie mogła ją blokować, kontrolować i rozliczać. To może być moment, w którym druga kadencja Trumpa zmieni charakter.
Do tej pory prezydent mógł liczyć na republikański Kongres. To oznaczało możliwość przeprowadzania własnego programu, zatwierdzania nominacji, uchwalania budżetu i ochrony administracji przed najbardziej niewygodnymi dochodzeniami.
Na celowniku demokratów znajdą się decyzje dotyczące imigracji, deportacji, funkcjonowania ICE, wykorzystania Gwardii Narodowej, zwolnień urzędników federalnych i sposobu wydawania pieniędzy przez administrację. Ale lista może być znacznie dłuższa.
Kongres będzie chciał wiedzieć, jak podejmowano decyzje, kto na nich korzystał i czy Biały Dom nie przekraczał swoich kompetencji. W praktyce oznacza to powrót polityki przesłuchań. Komisje Kongresu mogą wezwać sekretarzy (ministrów), urzędników, doradców i przedstawicieli firm współpracujących z administracją. Mogą żądać dokumentów, korespondencji i informacji dotyczących decyzji podejmowanych za zamkniętymi drzwiami.
Demokraci będą mieli szczególnie dużo pytań dotyczących pieniędzy. Kto otrzymuje kontrakty federalne? Na co przeznaczane są środki? Czy firmy związane z ludźmi z otoczenia prezydenta korzystają na decyzjach administracji? Czy ci sami ludzie, którzy występują jako nieformalni negocjatorzy Trumpa za granicą, nie mają jednocześnie interesów biznesowych, które mogą pozostawać w konflikcie z polityką państwa?
Dla Trumpa oznaczałoby to coś więcej niż serię nieprzyjemnych posiedzeń komisji. Przez ostatnie lata nauczył się funkcjonować w warunkach permanentnego konfliktu politycznego. Tym razem problem polegałby jednak na tym, że przeciwnicy zasiedliby w fotelach przewodniczących najważniejszych komisji Kongresu.
Demokraci nie muszą od razu mówić o impeachmencie. Mogą przez wiele miesięcy budować akta sprawy, publikować dokumenty, prowadzić przesłuchania i zmuszać administrację do odpowiadania na niewygodne pytania.
Impeachment będzie wisiał w powietrzu, ale jego przeprowadzenie to zupełnie inna sprawa. Izba Reprezentantów może postawić prezydenta w stan oskarżenia zwykłą większością. Do usunięcia go z urzędu potrzebne jest jednak dwie trzecie głosów w Senacie. Nawet jeśli demokraci zdobędą większość w obu izbach, osiągnięcie takiego wyniku byłoby niezwykle trudne.
Dlatego bardziej prawdopodobna jest wojna na dokumenty, komisje i przesłuchania – niż natychmiastowa próba usunięcia Trumpa. I właśnie ta wojna może być dla Białego Domu najbardziej wyczerpująca.
Na tym jednak nie koniec. Jeśli demokraci przejmą Izbę, każda większa decyzja administracji będzie musiała być podejmowana ze świadomością, że może za kilka tygodni trafić przed komisję Kongresu. Jeśli odbiją również Senat, sytuacja stanie się jeszcze bardziej skomplikowana. Demokraci uzyskają większy wpływ na nominacje sędziowskie i urzędnicze oraz na kształt ustaw. Nadal jednak nie będą mogli po prostu przegłosować wszystkiego, czego chcą.
W Senacie pozostaje filibuster. W przypadku większości ustaw oznacza to konieczność zebrania 60 głosów, a nie zwykłej większości. Nawet demokratyczny Senat nie będzie więc automatycznie maszyną do odwracania polityki Trumpa.
I tutaj zaczyna się najważniejsza różnica między kampanią wyborczą a rzeczywistością po wyborach. Demokraci mogą obiecywać, że zmienią politykę Trumpa. Mogą jednak nie mieć wystarczającej liczby głosów, aby zrobić to ustawą.
Pola bitwy
Jednym z głównych haseł Demokratów jest dziś koszt życia. Ceny mieszkań, żywności, energii, opieki zdrowotnej i opieki nad dziećmi stały się dla amerykańskich rodzin bardziej namacalnym problemem niż większość wielkich sporów ideologicznych. Demokraci chcą wykorzystać ten temat, aby pokazać, że ich odpowiedzią na politykę Trumpa nie jest wyłącznie „nie”.
Jednym z głównych celów będzie ochrona zdrowia. Demokraci zapowiadają walkę o dostęp do ubezpieczeń, niższe wydatki pacjentów i ochronę programów takich jak Medicare i Medicaid. Będą również próbowali odwracać część zmian dokonanych przez republikańską większość.
Ale tutaj Trump będzie miał potężną broń: weto. Do odrzucenia weta potrzeba dwóch trzecich głosów w obu izbach. Demokraci musieliby więc zdobyć naprawdę dużą przewagę albo szukać republikańskich głosów.
Jednym z oczywistych pól bitwy będą cła. Trump uczynił z taryf celnych jeden z fundamentów swojej polityki gospodarczej. Demokraci od dawna odpowiadają, że cła mogą ostatecznie podnosić koszty ponoszone przez amerykańskich konsumentów i przedsiębiorstwa. Mogą więc próbować ograniczyć prezydencką swobodę wprowadzania kolejnych taryf, mogą domagać się większej kontroli Kongresu nad polityką handlową, mogą blokować część wydatków administracji i naciskać na Biały Dom poprzez komisje. Ale nie będzie prostego przycisku „usuń cła Trumpa”.
Prezydent dysponuje szerokimi uprawnieniami w polityce handlowej. Część jego decyzji może być kwestionowana w sądach, część może zostać zmieniona przez Kongres, a część będzie zależała od negocjacji z partnerami handlowymi.
Kolejnym tematem, który może doprowadzić do ostrego starcia między Kongresem a Białym Domem, jest imigracja. Trump uczynił deportacje jednym z symboli swojej prezydentury. Demokraci zapowiadają kontrolę działań ICE, warunków przetrzymywania migrantów, wydatków na deportacje i sposobu wykorzystywania sił federalnych. Jeżeli przejmą Izbę, komisje mogą rozpocząć serię przesłuchań dotyczących deportacji i polityki granicznej. Na tym może się nie skończyć. Kontrola nad budżetem daje Kongresowi potężne narzędzie. Demokraci mogą próbować ograniczać finansowanie konkretnych działań administracji albo uzależniać część wydatków od spełnienia określonych warunków.
Największa zmiana
Najbardziej interesujący może być jednak nie front wewnętrzny, lecz polityka zagraniczna. Trump pozostanie prezydentem i nadal będzie głównym amerykańskim negocjatorem. To on będzie decydował o kierunku polityki zagranicznej i jako naczelny dowódca będzie miał ogromne możliwości działania. Ale Kongres kontroluje pieniądze, a w polityce międzynarodowej pieniądze oznaczają władzę. Dotyczy to przede wszystkim Ukrainy i Iranu.
Demokraci są znacznie bardziej skłonni do utrzymywania presji na Rosję i dalszego wspierania Ukrainy niż Trump, mogą więc próbować zwiększać lub zabezpieczać finansowanie dla Kijowa oraz zaostrzać sankcje przeciwko Moskwie. To może doprowadzić do sytuacji, w której Trump będzie prowadził negocjacje z Rosją i Ukrainą, podczas gdy Kongres będzie próbował wyznaczać granice tego, jak daleko może się posunąć.
To samo może dotyczyć Iranu. Jeżeli administracja Trumpa zdecyduje się na długotrwałą operację wojskową, demokraci będą mieli możliwość domagania się informacji, prowadzenia przesłuchań i walki o ograniczenie finansowania działań, których nie zaakceptują.
W skrajnym przypadku może dojść do konstytucyjnego konfliktu o to, gdzie kończy się władza prezydenta jako naczelnego dowódcy, a zaczyna władza Kongresu nad wojną i pieniędzmi.
Polityka wobec NATO będzie kolejnym testem. Trump od dawna domaga się od europejskich sojuszników większych nakładów na obronność. Demokraci mogą krytykować sposób, w jaki Biały Dom komunikuje się z sojusznikami, ale jednocześnie będą mieli własne narzędzia wpływania na politykę obronną. Kongres decyduje o ogromnej części wydatków Pentagonu. Może więc kształtować priorytety obronne, finansowanie programów wojskowych i pomoc dla sojuszników.
To wszystko nie oznacza, że demokraci przejmą politykę zagraniczną. Oznacza, że Trump przestanie mieć w tej polityce tak dużą swobodę.
Trump pozostanie Trumpem
I właśnie to jest najważniejsze. Demokratyczne zwycięstwo w midterms nie będzie powtórzeniem wyborów prezydenckich i Trump nie straci Białego Domu. Nie przestanie podpisywać rozporządzeń. Nie straci kontroli nad administracją, nadal będzie mógł korzystać z prawa weta. Zmieni się natomiast otoczenie jego władzy.
Zamiast republikańskiego Kongresu, który w wielu sprawach jest naturalnym politycznym sojusznikiem Białego Domu, pojawi się Kongres zainteresowany sprawdzaniem niemal każdego ruchu administracji. To może być dla Trumpa bardziej uciążliwe niż pojedyncza przegrana legislacyjna.
Każda decyzja będzie mogła oznaczać nowe przesłuchanie. Każdy większy kontrakt – nowe pytania. Każda operacja wojskowa – żądania wyjaśnień. Każde zwolnienie urzędnika – dochodzenie. Każdy konflikt interesów – dokumenty i wezwania. Waszyngton może stać się miejscem permanentnego politycznego zwarcia.
W razie wygranej demokraci nie dostaną możliwości rządzenia Ameryką, ale możliwość zmuszenia Trumpa do ciągłego tłumaczenia się. Zwycięstwo demokratów nie będzie oznaczać końca ery Trumpa, lecz początek jej najbardziej konfliktowej fazy.


