Przyszłoroczne wybory parlamentarne, które podobnie jak wszystkie poprzednie, a także każde kolejne, będą najważniejsze, zbliżają się wielkimi krokami, a to niechybny znak, że już niedługo politycy ruszą zabiegać o głosy obywateli. Przy okazji z pewnością będą przekonywać, iż tylko im zależy na zaprowadzeniu nad Wisłą prawdziwej wolności dla ludu miast i wsi.
Nie będzie to zresztą nic nowego, gdyż z podobnymi zapewnieniami mieliśmy do czynienia w poprzednich latach. Aktualny szef rządu warszawskiego przed poprzednimi wyborami parlamentarnymi obiecywał „Polskę wolności”, a uśmiechnięci maszerowali podśpiewując „wolność kocham i rozumiem”, choć praktyka ich rządów pokazała, że ani jedno ani drugie nie jest prawdą.
Także przedstawiciele stojącej przez osiem lat u steru nawy państwowej grupy rekonstrukcji historycznej sanacji nie mieli problemu, by po dwóch kadencjach antyliberalnych rządów, zupełnie bezczelnie przypisywać swojemu ugrupowaniu wolnościową charakterystykę.
O tym, że jest wolnościowcem, w przerwie pomiędzy zachęcaniem do wprowadzania zamordyzmu a składaniem propozycji grabieży podatkowej obywateli, potrafił przekonywać nawet jeden z liderów skrajnej lewicy.
Owo zamieszanie, oprócz politycznej obłudy i hipokryzji, może wynikać z błędnego rozumienia pojęcia wolności, z czym problemy zresztą zdarzały się także i na prawicy. Wyróżnia się bowiem dwa rodzaje wolności, czyli wolność negatywną, inaczej określaną „wolnością od” oraz wolność pozytywną, potocznie nazywaną „wolnością do”. W pierwszym odruchu większości osób lepiej kojarzy się określenie wolności jako pozytywnej, lecz ten przymiotnik jest w tym przypadku całkowicie złudny. Owo nieporozumienie może wyjaśnić już próba stwierdzenia, iż jest się „wolnym do”, z czego powstanie językowy potworek.
Konsekwencje błędnego pojmowania wolności są jednak dużo poważniejsze.
W koncepcji „wolności od” zauważa się, iż musi być ona chroniona przed ingerencją, zwłaszcza ze strony władzy. O wolności nauki mówi się, gdy rząd nie wprowadza ograniczeń swobody prowadzenia prywatnych badań naukowych. O wolności przemieszczania się mówi się, kiedy rząd nie zamyka obywateli w domach pod pretekstem wirusa. O wolności pracy mówi się, gdy rząd nie zakazuje poszukiwania dowolnego zajęcia zarobkowego.
W przypadku „wolności do” jej realizacja może być możliwa dzięki powierzeniu władzy większych uprawnień oraz oczekiwaniu od niej wsparcia. Zapewnienie „wolności do”, a więc de facto możności podjęcia jakiegoś działania, prowadzi wprost do konieczności przyznania określonych praw. Powstaje więc prawo do nauki, które wymaga, aby umożliwić zainteresowanym prowadzenie badań naukowych. Wprowadzone zostaje prawo do przemieszczania się, które implikuje potrzebę walki z wykluczeniem komunikacyjnym. Ustanawiane jest prawo do pracy, przez co każdemu trzeba tę pracę zapewnić. A cóż, jeśli ktoś nie ma środków na prowadzenie badań, zakup samochodu albo nawet biletu? A jeżeli nie ma nikogo chętnego na zatrudnienie danej osoby? Wówczas ktoś inny musi realizację owego wyimaginowanego prawa zapewnić.
Próba realizacji koncepcji „wolności do” prowadzi do sytuacji, w której permanentnie dochodzi do naruszania wolności oraz praw naturalnych innych osób i w prosty sposób powstaje spirala wzajemnych uroszczeń i zobowiązań. Po pewnym czasie „wolność od” staje się coraz bardziej zapomniana, a obywatele domagają się tego, co im się rzekomo należy, a za co inni mają zapłacić. W łagodniejszym stadium naukowcy otrzymują stypendia, ubodzy dopłaty do biletów, a bezrobotni zasiłki. Na poważniejszym etapie rozwoju tego ideologicznego nowotworu dochodzi do upaństwowienia nauki, komunikacji i fikcyjnego zatrudnienia dla każdego obywatela.
Nic zatem dziwnego, że – jak słusznie zauważył Isaiach Berlin – pozytywna koncepcja wolności „zwolennikom negatywnego pojęcia jawi się jako zwodnicza maska brutalnej tyranii”. Tymczasem przejawy owego (nie)zrozumienia istoty wolności można było zaobserwować zarówno wśród lewicy, co dziwić nie może, jak i w środowisku prawicowym.
Jeżeli zatem ktoś przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi będzie przekonywał, iż do wolności przywiązuje wagę szczególną, to należy zapytać o to, o jaką właściwie wolność mu chodzi. Gdyby bowiem miał na myśli „wolność do”, to można być pewnym, że dla jej zrealizowania zdepcze po drodze resztki wolności, które jeszcze pozostały w naszym zniewalanym kraju, a i prawo własności po raz kolejny nie wyjdzie z tego bez szwanku.


