Strona głównaMagazynLekarze-milionerzy. Krezusi utuczeni na naszych podatkach?

Lekarze-milionerzy. Krezusi utuczeni na naszych podatkach?

-

- Reklama -

Polska służba zdrowia to system, w którym pacjenci czekają miesiącami na wizytę, szpitale toną w długach, a kolejki na operacje ciągną się latami. Tymczasem część lekarzy – często bez pełnej specjalizacji, nierzadko z partyjną legitymacją – wyciąga z publicznych pieniędzy kwoty, o których przeciętny podatnik może tylko pomarzyć.

Miliony złotych rocznie. Porsche. Luksusowe mieszkania kupione za gotówkę. Wszystko to w systemie finansowanym ze składek i podatków tych, którzy na leczenie czekają w agonii. Według aktualnych danych Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce bezpośrednio z pacjentem pracuje około 141,2 tysiąca lekarzy (ok. 141,1 tys. aktywnych medyków). Ogółem prawo wykonywania zawodu ma ponad 166 tysięcy lekarzy, jednak nie wszyscy z nich wykonują go aktywnie w systemie ochrony zdrowia.

- Reklama -

Szacunki Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wskazują, że po uwzględnieniu pracy w kilku placówkach jednocześnie lekarzy pobierających wynagrodzenie powyżej 1 miliona złotych rocznie może być nawet od 10 do 14 tysięcy. Jeszcze niedawno prezes Naczelnej Izby Lekarskiej Łukasz Jankowski, powołując się na dane AOTMiT, mówił, że takich medyków (zarabiających powyżej 100 tys. zł miesięcznie) jest zaledwie około 500–600. Różnica jest porażająca i pokazuje, jak bardzo zaniżano skalę zjawiska.

- Reklama -

Kamień, który poruszył lawinę

Sprawa eksplodowała wiosną tego roku. Oświadczenie majątkowe 28–29-letniego lekarza w trakcie specjalizacji Dawida Kacprzyka, radnego z ramienia Koalicji Obywatelskiej w warszawskiej dzielnicy Ursus, ujawniło przychód z działalności medycznej na poziomie niemal 1,6 miliona złotych za 2025 rok. Średnio około 133 tysiące miesięcznie. Bez skończonej specjalizacji. Koordynator SOR-u w Szpitalu Południowym. Według dostępnych danych pracował średnio ponad 300 godzin miesięcznie – co w praktyce oznaczałoby 11 godzin dziennie, 365 dni w roku, bez urlopu. Do tego Porsche Panamera za ponad pół miliona i mieszkanie warte 900 tysięcy, kupione bez kredytu. Sprawa stała się symbolem. Kacprzyk stracił mandat, zwrócił część pieniędzy, a prokuratura zainteresowała się sprawą. Ale to był tylko wierzchołek góry lodowej…

- Reklama -

Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji szacowała początkowo liczbę lekarzy-milionerów na około 560. Prezes agencji przyznał jednak, że dane te są zaniżone. Realnie może ich być kilka tysięcy – nawet 5–6 tysięcy medyków przekraczających 100 tysięcy złotych miesięcznie, a w skrajnych szacunkach (po zsumowaniu wszystkich kontraktów) nawet do 14 tysięcy. Przy ponad 141 tysiącach aktywnych lekarzy pracujących z pacjentami oznacza to, że znacząca grupa inkasuje astronomiczne kwoty. Dane z centralnego rejestru umów i oświadczeń majątkowych radnych-lekarzy potwierdzają skalę. W samym województwie wielkopolskim w szpitalach samorządowych 31 lekarzy zarobiło ponad milion, a pięcioro przekroczyło 2 miliony. W Kaliszu samych „stutysięczników” miesięcznie było tuzin.

Przyjrzyjmy się najbardziej bulwersującym przykładom

Ortopeda z Ciechanowa. W jednym miesiącu 2025 roku wystawił fakturę na 316 tysięcy złotych brutto. W kolejnym – 258 tysięcy. Prawie 600 tysięcy w dwa miesiące. Szpital wojewódzki, publiczne pieniądze. Kontrakt rozwiązano, ale pieniądze już wypłynęły. Lekarz tłumaczył, że to efekt liczby operacji. Pacjenci w kolejkach mogą mieć inne zdanie. Michał Burczy, 32-letni ortopeda, prezes Powiatowego Centrum Medycznego w Grójcu. W oświadczeniu majątkowym za 2025 rok: około 2,8 miliona przychodu z indywidualnej praktyki (dochód ponad 2,4 miliona), plus pensja prezesa szpitala i inne. Łącznie kwoty, które przeciętnemu Polakowi wystarczyłyby na kilka dekad życia. Arsalan Azzaddin ze Szpitala Powiatowego w Bielsku Podlaskim. Zastępca dyrektora ds. lecznictwa, koordynator SOR-u, lekarz SOR-u, kierujący oddziałem chorób wewnętrznych, koordynator nocnej i świątecznej opieki, kierownik medyczny tomografii. Pięć funkcji. 7530 godzin pracy w roku (rok ma 8760 godzin). Wynagrodzenie: ponad 2 miliony złotych brutto. To nie jest praca – to praktycznie życie w szpitalu. Pytanie, czy przy takim obciążeniu jakość opieki nie spada. A pieniądze? Publiczne. W Sokółce na Podlasiu ortopeda z oddziału urazowo-ortopedycznego w pół roku zarobił 2,4 miliona. Lekarz z Sandomierza (schorzenia głowy i kręgosłupa) – 1,86 miliona w tym samym okresie. Neurolog z Kutna – 1,84 miliona. Prowincja dyktuje najwyższe stawki, bo szpitale boją się utraty kontraktu z NFZ i płacą, ile trzeba, byle zatrzymać specjalistę.

Robert Górski, radny z Zielonej Góry, specjalista medycyny ratunkowej. W 2021 roku, w szczycie „Wielkiej Histerii” szczepień, zarobił ponad 4,3 miliona złotych z punktu szczepień. Ponad 56 tysięcy ukłuć – średnio 150 osób dziennie. „Szczepiłem od rana do nocy” – tłumaczył. Później dochody nadal przekraczały milion rocznie. Niczego nie ukradł, ciężko pracował, odprowadził podatki – mówił. Fakt. System pozwolił. Wojciech Homenda, radny Słupska (KO), twórca lokalnej transplantologii szpiku – ponad 1,3 miliona z praktyki. Zbigniew Rok, wiceprzewodniczący rady powiatu zawierciańskiego – 2,15 miliona. Lekarze-radni to osobna kategoria: co dziesiąty z nich przekroczył milion w 2025 roku. Łączenie mandatu z kontraktami w publicznej ochronie zdrowia i prywatną praktyką okazuje się wyjątkowo dochodowe.

W Chojnicach sześciu lekarzy powyżej miliona (rekord 2,47 miliona), 53 powyżej pół miliona. W Lublinie w wojskowym szpitalu – 2,9 miliona. W Krakowie ortopeda-neurochirurg – 2,3 miliona. W Nidzicy rekordzista 1,7 miliona, a czterech milionerów w jednym zadłużonym szpitalu. W Kaliszu czterech lekarzy zgarnia łącznie 10 milionów rocznie przy zadłużeniu placówki rzędu 40 milionów. Mechanizm jest prosty i patologiczny. Kontrakty B2B zamiast etatów. Stawki godzinowe 180–300 złotych i wyżej. Kumulacja dyżurów, funkcji kierowniczych i pracy w kilku placówkach jednocześnie. Brak realnych limitów. NFZ płaci za procedury, a szpitale – bojąc się braku obsady – akceptują każde żądanie. Mediana zarobków jest znacznie niższa (ok. 23–26 tysięcy brutto), ale ogon rozkładu sięga kosmosu.

Lekarze bronią się: odpowiedzialność, stres, niedobór kadr, rynek międzynarodowy. Prawda. Ale czy 300 tysięcy za miesiąc w publicznym systemie, podczas gdy pacjent umiera w kolejce, to godziwa zapłata, czy eksploatacja monopolu? System jest chory. Nakłady na ochronę zdrowia rosły o ponad 100 procent w ostatnich latach, a liczba świadczeń ledwo drgnęła. Pieniądze poszły w dużej mierze na wynagrodzenia. Szpitale bankrutują, a wybrańcy jeżdżą Porsche. Rząd Tuska zapowiada jawność zarobków, limity, kontrolę. Ustawa o powiązaniu danych z PESEL-em przeszła. Ale czy to coś zmieni? Dotychczasowe „reformy” kończyły się kolejnymi podwyżkami i kolejnymi milionerami.

Konfederacja Wolność i Niepodległość oraz Konfederacja Korony Polskiej wskazują na głębsze przyczyny. Obie formacje widzą problem nie w pojedynczych „chciwych” medykach, lecz w państwowym monopolu NFZ. Proponują likwidację lub głęboką reformę funduszu, wprowadzenie konkurujących kas chorych/ubezpieczalni, decentralizację i większą rolę sektora prywatnego.

Pacjent miałby realny wybór, a rynek sam weryfikowałby stawki. Korona Brauna dodaje wycofanie z WHO, ochronę życia i sprzeciw wobec przymusu medycznego. To propozycje systemowe, a nie doraźne limity pensji. „Najwyższy Czas!” od lat ostrzega: państwowy monopol w medycynie to maszyna do produkcji patologii. Prywatyzacja, konkurencja, realna odpowiedzialność za wynik – to jedyne remedium. Dopóki podatnik płaci, a lekarz-milioner dyktuje warunki, kolejki będą rosły, a skandale się mnożyły. Kacprzyk, ortopeda z Ciechanowa, Azzaddin, Górski i setki innych to nie wyjątki. To system. I ten system żeruje na nas wszystkich.

Najnowsze