W przypadku naszego kraju transformacja energetyczna polega na systematycznym zastępowaniu w pełni dyspozycyjnych źródeł energii elektrycznej opartych na spalaniu węgla kamiennego bądź brunatnego poprzez tzw. odnawialne źródła energii elektrycznej, czyli OZE, do których zalicza się instalacje fotowoltaiczne i siłownie wiatrowe. Istota zachodzącej obecnie w Polsce transformacji energetycznej została przedstawiona na rys. 1, z którego lewej strony zamieszczony został system tradycyjny w postaci elektrowni węglowych o łącznej mocy zainstalowanej wynoszącej około 30 GW. Tej wielkości moc zainstalowana zaspokajała do tej pory w całości nasze potrzeby energetyczne w dowolnej porze doby i w dowolnym dniu w roku.
W związku z tym do tej pory nie było w ogóle konieczności ogłaszania stopni zasilania i wprowadzania związanych z tym ograniczeń poboru mocy czy też narzucania jakichś indywidualnych limitów zużycia energii elektrycznej dla poszczególnych odbiorców. Po prostu elektrownie węglowe o łącznej mocy zainstalowanej w wysokości 30 GW całkowicie nam dotychczas wystarczały.

Oprócz tego w naszym systemie elektroenergetycznym mieliśmy zainstalowanej jeszcze około 700 MW w elektrowniach wodnych (zbiornikowych i przepływowych) oraz około 1800 MW w elektrowniach szczytowo-pompowych. Wymienione typy hydroelektrowni pełnią w krajowym systemie elektroenergetycznym przede wszystkim rolę regulacyjną, ponieważ są w stanie bardzo szybko reagować na pojawiające się nagłe zmiany zapotrzebowania mocy. Pełnią one także bardzo istotną rolę mocy interwencyjnej, ponieważ w przypadku nagłej awarii jakiegoś bloku węglowego są w stanie w relatywnie krótkim czasie zapełnić powstałą w ten sposób lukę mocy.
Jeszcze około dekadę temu energia elektryczna w naszym kraju była względnie tania, a faktura wystawiana za jej zużycie nie stanowiła zazwyczaj żadnej istotnej pozycji ani w budżecie domowym, ani w bilansie płatniczym przedsiębiorstw. Sam zresztą pamiętam, jak kilkanaście lat temu, budując dom weekendowy w górach, zdecydowałem się na zainstalowane w nim kilku dużych elektrycznych pieców akumulacyjnych o łącznej mocy kilkunastu kilowatów. Zresztą z braku dostępu do sieci gazowniczej było to w zasadzie jedyne dostępne w owym czasie rozwiązanie. Tego rodzaju piece akumulacyjne nagrzewane są wtedy, gdy obowiązuje tzw. niska taryfa (przede wszystkim w porze nocnej), a później oddają zgromadzone w nich ciepło przez pozostałe godziny doby. Jeszcze kilka lat temu rachunki za dogrzewanie domu podczas pobytów weekendowych oraz okresu świątecznego i ferii zimowych nie były dla nas żadnym problemem. To były w sumie żadne pieniądze, gdyż kilowatogodzina na niskiej taryfie kosztowała zaledwie około 20 groszy. Niestety w ostatnim czasie sytuacja drastycznie się zmieniła, a faktury przychodzące za półroczny okres jesienno-zimowy opiewają już na kwotę kilku tysięcy złotych.
Bezpośrednią przyczyną takiego stanu rzeczy jest wdrażana usilnie w naszym kraju transformacja energetyczna, gdzie największe zasługi położył tzw. „rząd dobrej zmiany”, inwestując miliardy złotych w różnorodne programy wsparcia rozwoju fotowoltaiki prosumenckiej. Oczywiście ktoś ostatecznie musi za tego rodzaju fanaberie zapłacić, bo w ekonomii „nie ma darmowego obiadu”, a płacą za to w swych fakturach właśnie wszyscy pozostali odbiorcy energii elektrycznej, którzy tego rodzaju instalacji prosumenckich nie posiadają.
Istota transformacji energetycznej została wyjaśniona na rys. 1 z prawej jego strony. Otóż w krajowym systemie elektroenergetycznym pojawiać się zaczęły całkowicie nowe rzeczy, takie jak siłownie wiatrowe, a następnie (gdzieś dopiero od 2019 roku) instalacje fotowoltaiczne, do których teraz dodawane są także bateryjne magazyny energii, a ponadto wzrastająca wartość mocy zainstalowanej w OZE wymusza gigantyczną rozbudowę elektroenergetycznych sieci przesyłowych, przykładowo w celu umożliwienia przesyłania mocy generowanej w zainstalowanych na Bałtyku farmach wiatrowych do centralnej i południowej Polski.
Jednak, co jest bez wątpienia po każdym względem paradoksem, wspomniany system tradycyjny w postaci elektrowni cieplnych (węglowych i gazowych) nadal jest nam bezwzględnie potrzebny i do tego w dokładnie takiej samej jak uprzednio wielkości, czyli wspomnianych 30 GW. A dzieje się tak dlatego, że wypowiedziane niegdyś przez naszą czcigodną ministrę słowa, że zawsze jest tak, iż albo wiatr wieje, albo słońce świeci, są dokładnie tyle warte, co prawda należąca do trzeciej kategorii w słynnej klasyfikacji zaproponowanej ongiś przez ks. prof. Józefa Tischnera. Wystarczy w tym celu spojrzeć tylko na rys. 2.

Otóż podczas trwania w dniu 12 listopada 2024 roku zjawiska, określanego niemieckim rzeczownikiem Dunkelflaute, siłownie wiatrowe generowały zaledwie 27 MW mocy elektrycznej, przy całkowitym zapotrzebowaniu w krajowym systemie elektroenergetycznym wynoszącym 23658 MW. Pokrywały one zatem jedynie około promila naszego całkowitego zapotrzebowania mocy. Jednocześnie o godz. 16:13 źródła fotowoltaiczne generowały dokładnie zero watów z powodów, które dla każdego powinny być oczywiste. Gdyby nie wspomniane 30 GW zainstalowane w dyspozycyjnych źródłach węglowych i gazowych, wówczas nasz kraj pozbawiony zostałby w zasadzie całkowicie dostaw energii elektrycznej, pracowałyby jedynie może jakieś mikroskopijnych rozmiarów izolowane wyspy gdzieś w pobliżu elektrowni wodnych.
Jak wynika z oficjalnych rządowych komunikatów, wypowiedzianych niedawno ustami ministra energetyki (po Akademii Rolniczej), w najbliższym dziesięcioleciu na transformację energetyczną planuje się wydać w Polsce okrągły bilion złotych (1.000.000.000.000 PLN), czyli kwotę zbliżoną do całkowitego zadłużenia sektora finansów publicznych. Tymczasem pomimo wydatkowania tak niewyobrażalnie wręcz wielkiej kwoty wspomniane 30 GW zainstalowane w dyspozycyjnych źródłach węglowych i gazowych jest nadal absolutnie konieczne, ponieważ zarówno instalacje fotowoltaiczne, jak i siłownie wiatrowe muszą podlegać rezerwowaniu dokładnie w stu procentach, czego bezpośrednim dowodem jest rys. 2.
Z kolei na rys. 3. zamieszczono wykres ukazujący, jak wyglądał w 2025 roku krajowy miks energetyczny. Jak widać, nieco ponad 50 proc. wytworzonej w Polsce energii elektrycznej pochodziło ze spalania węgla (kamiennego i brunatnego).

Ponadto 9,7 proc. wytworzonej w Polsce w 2025 roku energii elektrycznej pochodziło ze spalania gazu ziemnego, a także 7,4 proc. pochodziło ze spalania pozostałych surowców kopalnych. Natomiast z fotowoltaiki, pomimo zainstalowania w niej już prawie 28 GW mocy, pochodziło zaledwie 11,8 proc. wytworzonej w naszym kraju energii elektrycznej, co bez wątpienia jest kolejnym paradoksem transformacji energetycznej.
W tym miejscu powie ktoś zapewne, że mimo wszystko dzięki fotowoltaice spalamy w naszym kraju trochę mniej węgla niż w sytuacji, gdyby tego rodzaju instalacji u nas w ogóle nie było. Oczywiście jest to prawda, tyle że analogiczną, a nawet być może nawet i nieco większą redukcję ilości spalanego w polskich elektrowniach węgla można byłoby osiągnąć, wymieniając w ciągu ostatniej dekady leciwe bloki o mocy 200 MW, 360 MW i 500 MW na nowoczesne jednostki pracujące na parametrach nadkrytycznych, których sprawność netto, czyli po odliczeniu już tzw. potrzeb własnych elektrowni, wynosi nawet ponad 45 proc. Niestety tego rodzaju dużych nowoczesnych bloków nadkrytycznych zdołano w naszym kraju wybudować zaledwie pięć: Bełchatów – 858 MW, Jaworzno – 910 MW, Opole – 2×905 MW i Kozienice – 1075 MW. Próba wybudowania szóstego z nich w elektrowni Ostrołęka zakończyła się skandalicznym przerwaniem budowy w dniu 13 marca 2021 roku i ostatecznym zmarnowaniem ponad dwóch miliardów złotych, w czym była główna zasługa „rządu dobrej zmiany” oraz swego rodzaju sobowtóra Nikodema Dyzmy rodem ze sławetnego Pcimia, który w zarządzanej przez siebie spółce nie chciał mieć żadnych aktywów węglowych.
Tymczasem sprawność netto bloków o mocy 200 MW, z których najstarsze w elektrowni Turów pamiętają jeszcze epokę towarzysza Wiesława, wynosi zaledwie około 30 proc. W przypadku bloków 360 MW jest to już nieco więcej, bo około 35 proc., jednak i tak znacznie mniej, niż osiągalne jest obecnie w przypadku nowoczesnych bloków nadkrytycznych.
Zużycie węgla energetycznego w polskich elektrowniach w roku 2025 szacowane jest na około 38 milionów ton w przypadku węgla kamiennego oraz 40 milionów ton węgla brunatnego. Gdyby w polskiej elektroenergetyce pracowały wyłącznie wysokosprawne bloki nadkrytyczne, wówczas osiągnięto by redukcję zużycia węgla przynajmniej o 25 proc., czyli zaoszczędzono by około 20 milionów ton węgla. A ile milionów ton węgla udało się nam zaoszczędzić w 2025 roku dzięki instalacjom fotowoltaicznym?
Można to łatwo wyliczyć na zasadzie prostej proporcjonalności. Mianowicie, skoro 78 milionów ton węgla odpowiada za 50,8 proc. wytworzonej w Polsce energii elektrycznej, a udział fotowoltaiki w miksie energetycznym wynosi 11,8 proc., to gdyby wspomnianej fotowoltaiki u nas w ogóle nie było, to w związku z tym musielibyśmy spalić dodatkowo około 18 milionów ton węgla więcej. Jak widać, nieco większy efekt oszczędności ilości spalonego węgla, niż osiągnięto w Polsce dzięki zainstalowaniu w fotowoltaice 28 GW mocy, uzyskano by dzięki wymianie wszystkich leciwych bloków węglowych na ultra nowoczesne jednostki nadkrytyczne. Tak się jednak nie stało z powodów czysto ideologicznych, ponieważ „rząd dobrej zmiany” chciał za wszelką cenę wykazać, że jesteśmy swego rodzaju prymusem i liderem we wdrażaniu u nas transformacji energetycznej.
Skoro zainstalowanie 1 GW mocy w fotowoltaice kosztuje około 3 miliardów złotych, to jak łatwo policzyć, zainstalowanie u nas 28 GW mocy pochłonęło już co najmniej 80 miliardów złotych. Tymczasem dokładnie za taką samą kwotę można byłoby wybudować ponad 10 nowoczesnych nadkrytycznych bloków węglowych (blok nadkrytyczny Ostrołęka C miał kosztować około 6 miliardów złotych), z których każdy miałby moc co najmniej 1000 MW. Gdyby tak się istotnie stało, to wymienilibyśmy w ten sposób wszystkie bloki o mocy 200 MW, 360 MW i 500 MW wybudowane w czasach „komuny” i mielibyśmy naszą elektroenergetykę odnowioną na kolejne 40 lat. A tak za około ćwierć wieku będziemy mieli wręcz całe hałdy elektrośmieci, które będą musiały zostać poddane utylizacji, co będzie z pewnością bardzo kosztownym przedsięwzięciem (zapewne równie kosztowany będzie wcześniej ich demontaż – prace wykonywane na wysokości, do których trzeba posiadać przecież specjalne uprawnienia). I to jest chyba największy i zarazem najpoważniejszy z paradoksów wdrażanej u nas obecnie w fanatyczny wręcz sposób transformacji energetycznej.
Niestety budowa kolejnych elektrowni węglowych nie jest obecnie już więcej możliwa. Co prawda prawodawstwo Unii Europejskiej nie mówi wprost, że tego rodzaju elektrowni budować nie wolno, ale wystarczy, że swego czasu ogłoszono tzw. dyrektywę BAT (ang. Best Available Techniques), która mówi, że wolno budować jedynie elektrownie cieplne, które emitują nie więcej niż 550 gramów dwutlenku węgla na każdą wyprodukowaną kilowatogodzinę energii elektrycznej. Niestety żadne jednostki węglowe, nawet powstające obecnie na świecie tzw. bloki ultra superkrytyczne, nie są w stanie spełnić tak mocno wyśrubowanej normy.
Kolejną niezwykle istotną kwestią jest, że przerwanie budowy bloku Ostrołęka C, a następnie spór z elektrownią Jaworzno, która uzyskała prawie ćwierć miliarda złotych rekompensat, doprowadziły finalnie do upadłości spółki Rafako, będącej krajowym potentatem w dziedzinie budowy kotłów energetycznych. W związku z tym wydaje się, że utraciliśmy w związku z tym w sposób trwały kompetencje związane z budową elektrowni węglowych, a przez wiele lat na tym właśnie polu byliśmy wręcz światowym potentatem. Potrafimy jeszcze produkować turbiny parowe (zakłady General Electric w Elblągu – dawny Zamech), generatory (zakłady GE Power we Wrocławiu – dawny Dolmel) oraz transformatory blokowe (zakłady Hitachi Energy w Łodzi – dawniej Elta), ale kotłów fluidalnych nie jesteśmy już w stanie samodzielnie wyprodukować.
Z kolei przestawienie krajowej elektroenergetyki wyłącznie na gaz ziemny wydaje się całkowicie nierealne i przede wszystkim proces ten zająłby co najmniej dwie dekady prowadzenia potężnych inwestycji, niestety do tego czasu wybudowane w czasach komuny polskie elektrownie węglowe z blokami o mocy 200 MW zdążą się już dosłownie „rozsypać”, co sprawia, że przyszłość polskiej elektroenergetyki rysuje się wyłącznie w ciemnych barwach.


