W polskiej debacie publicznej od miesięcy narasta fenomen, którego nikt z głównego nurtu nie potrafił przewidzieć, a tym bardziej skontrolować. Grzegorz Braun, europoseł, lider Konfederacji Korony Polskiej, człowiek, którego jeszcze niedawno traktowano jako ekscentryczną ciekawostkę sejmowych galerii, stał się jednym z najpoważniejszych graczy na scenie politycznej. Sondaże systematycznie pokazują dwucyfrowe poparcie dla jego formacji, a elektorat, który kiedyś bezrefleksyjnie głosował na PiS czy KO, coraz częściej odwraca się właśnie w stronę Brauna. I właśnie ten fakt wywołuje wśród elit – zarówno tych spod znaku PiS, jak i tych skupionych wokół Donalda Tuska oraz w otoczeniu prezydenckim – prawdziwą panikę.
Elity nie krytykują Brauna w ramach intelektualnej czy politycznej debaty. One się go boją. Boją się utraty monopolu na narrację, boją się utraty wyborców, boją się wreszcie realnej zmiany układu władzy. Dlatego zamiast argumentów używają strachu. Straszą Braunem, straszą „braunizacją”, straszą katastrofą międzynarodową, straszą Putinem, straszą izolacją Polski. A w centrum tej operacji zastraszania znajdują się wypowiedzi trzech kluczowych postaci polskiej polityki: Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniewa Boguckiego reprezentującego prezydenta Karola Nawrockiego i Donalda Tuska.
„Naczelnik” w panice
Jarosław Kaczyński, prezes Prawa i Sprawiedliwości, człowiek, który przez lata budował wizerunek niekwestionowanego lidera polskiej prawicy, zareagował na wzrost popularności Brauna w sposób, który zdradza panikę. W kolejnych wystąpieniach publicznie odcina się od europosła w sposób ostentacyjny, wręcz demonstracyjny. „Braun jest poza granicami cywilizacji” – mówił Kaczyński, nawiązując do wypowiedzi dotyczących komór gazowych w Auschwitz. „Od momentu, w którym zakwestionował te komory gazowe” – tłumaczył, starając się przedstawić Brauna jako postać całkowicie wykluczoną ze sfery poważnej polityki. W innym miejscu prezes PiS stwierdzał wprost: „O żadnych sojuszach z Braunem nie ma mowy. Kto chce zawierać albo głosować na Brauna, to głosuje w gruncie rzeczy na Tuska. To głosuje na Putina. Taka jest prawda”. I dalej: „To jest droga donikąd, droga do nieszczęścia dla Polski, skrajnego nieszczęścia”. Kaczyński podkreślał, że sojusz z Braunem byłby „jak sojusz z Putinem”, a sam europoseł „dalece przekroczył te granice, które są nieprzekraczalne dla polityków w naszej sferze cywilizacyjnej”. W wywiadzie dla Wirtualnej Polski poszedł jeszcze dalej: nazwał Brauna „bardzo niebezpiecznym” i zadeklarował, że nawet za cenę utraty władzy nie wejdzie z nim w koalicję. „To, co robi Braun, to nie jest normalna część życia publicznego i nie ma o czym rozmawiać” – mówił. Przypominał koalicję z Samoobroną Andrzeja Leppera, stwierdzając ironicznie, że „w porównaniu z dzisiejszym Braunem to była cywilizowana partia, zgoła przedstawiciele salonów”. Wreszcie w jednym z wywiadów telewizyjnych Kaczyński stwierdził, że „na prawdo od Brauna jest tylko piekło”.
Te słowa nie są zwykłą krytyką. To strategiczne straszenie. Kaczyński wie, że część jego tradycyjnego elektoratu – zwłaszcza na południu Polski, w środowiskach konserwatywnych i katolickich – coraz chętniej słucha Brauna. Prezes PiS boi się, że utrata tych wyborców uniemożliwi mu powrót do władzy. Dlatego buduje narrację, w której głosowanie na Brauna to w istocie głosowanie przeciwko Polsce, za Tuskiem i za Putinem. To klasyczny manewr: zamiast konkurować programowo, straszy się katastrofą. Elity PiS-owskie, które przez lata same używały retoryki suwerennościowej, a jednocześnie oddawały Polską niepodległość UE, nagle odkrywają, że ktoś inny mówi o niepodległości naprawdę i bez kompromisów. I właśnie dlatego Kaczyński musi publicznie demonstrować dystans – bo boi się, że w oczach części wyborców wygląda na miękkiego, na „junior partnera”, jak sam kiedyś nazywał innych.
Bogucki atakuje
Nie mniej agresywna wobec Brauna jest postawa Zbigniewa Boguckiego, szefa Kancelarii Prezydenta Karola Nawrockiego. Bogucki jako przedstawiciel prezydenckiego ośrodka władzy porusza się w delikatnej przestrzeni między krytyką a pragmatyzmem. Z jednej strony komentując kontrowersyjne wypowiedzi Brauna dotyczące Holokaustu, stwierdził stanowczo: „To są wypowiedzi niedopuszczalne, skandaliczne. To są de facto wypowiedzi – bardzo mocno to powiem – antypolskie. To są wypowiedzi antypolskie, bo jeżeli umniejsza się zbrodnie niemieckie popełnione na Żydach, to równie dobrze można umniejszać zbrodnie niemieckie popełnione na Polakach i wszystkich innych narodowości. Nie ma na to ani zgody prezydenta Nawrockiego, ani nikogo z otoczenia prezydenta”.
Te słowa wpisują się w szerszą elitarną narrację: Braun szkodzi Polsce, bo podważa historyczną prawdę, a tym samym osłabia pozycję kraju na arenie międzynarodowej. Bogucki, podobnie jak Kaczyński, używa argumentu „antypolskości” – klasycznego narzędzia straszenia, które ma zmobilizować opinię publiczną przeciwko „niebezpiecznemu” politykowi.
Z drugiej jednak strony Bogucki wykazuje pewną ostrożność, która również zdradza niepokój elit. W programie „Tłit” Wirtualnej Polski mówił: „Grzegorz Braun jest jednym z liderów siły politycznej, która – przynajmniej wedle sondaży – ma dzisiaj pewne znaczenie”. Podkreślał, że „prezydent nie jest zwolennikiem wykluczania kogoś tylko dlatego, że nie podoba się mainstreamowi”. I dodawał: „Wśród wyborców Grzegorza Brauna są ludzie, którzy głęboko w sercu niosą Polskę i nie podzielają wszystkich jego zapatrywań”. Pytanie, które postawił, było znamienne: „Czy kategorycznie, z góry, mamy wykluczyć w ogóle jakiekolwiek rozmowy, czy jakąkolwiek próbę wysłuchania jakichś racji? Jakaż to demokracja, w której ktoś jest zupełnie wykluczony?”.
Ta dwuznaczność jest charakterystyczna dla elit, które boją się Brauna, ale jednocześnie obawiają się, że całkowite wykluczenie go może jeszcze bardziej wzmocnić jego pozycję wśród rozczarowanych wyborców. Bogucki, reprezentując prezydencki ośrodek, balansuje między potępieniem a otwartością – bo wie, że w demokracji nie da się po prostu zamknąć drzwi przed rosnącą siłą polityczną. A strach przed tą siłą jest realny: elity obawiają się, że Braun może stać się języczkiem u wagi w przyszłym układzie parlamentarnym.
Tusk gra fałszywą kartą
Donald Tusk, premier i lider Koalicji Obywatelskiej, reaguje na fenomen Brauna w sposób, który łączy moralne oburzenie z zimną kalkulacją polityczną. Po głośnych wypowiedziach europosła dotyczących Auschwitz, Tusk stwierdził wprost: „To jest hańba. Musimy zrobić wszystko, żeby nikomu na świecie Polska nie kojarzyła się z takimi ludźmi, z takimi twarzami i z takimi działaniami”. Apelował do służb, by działały „twardo i zdecydowanie”, nie zważając na pozycję osób łamiących prawo. Zwracał się także do ówczesnego rezydenta Andrzeja Dudy i Jarosława Kaczyńskiego, by „nie kokietowali, nie współgrali z tą paskudną atmosferą, jaką wytwarzają ludzie typu Braun czy Bąkiewicz”.
Tusk straszy więc nie tylko „hańbą”, ale i międzynarodową izolacją Polski. W jego narracji Braun to zagrożenie dla wizerunku kraju, dla relacji z Zachodem, dla bezpieczeństwa. Jednocześnie Tusk umiejętnie wykorzystuje strach przed Braunem przeciwko Kaczyńskiemu. Kiedy prezes PiS publicznie deklarował, że „nigdy z Braunem”, Tusk skomentował to na platformie X słowami: „Deklaracja Kaczyńskiego, że »nigdy z Braunem«, brzmi obiecująco i racjonalnie. Szkoda, że nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Bez Brauna Kaczyński nie ma żadnych szans na zdobycie władzy, a dla władzy, jak wiadomo, jest gotów poświęcić wszystko”.
To typowy manewr polityczny. Tusk nie tylko potępia Brauna, ale jednocześnie straszy wyborców wizją, w której Kaczyński i tak będzie musiał się z nim dogadać. W ten sposób elity lewackie używają Brauna jako straszaka w obie strony: przeciwko prawicy i przeciwko PiS. Strach przed „dojściem Brauna do władzy” staje się narzędziem mobilizacji własnego elektoratu. Tusk wie, że im bardziej straszy „braunizacją”, tym łatwiej mu utrzymać spójność koalicji rządzącej i odwrócić uwagę od własnych afer.
Strasząc, nabijają poparcie
Mechanizm działania elit jest w tym przypadku klasyczny. Zamiast zmierzyć się z przyczynami popularności Brauna – rozczarowaniem polityką głównego nurtu, poczuciem utraty suwerenności, sprzeciwem wobec unijnych dyktatów, obroną tradycyjnych wartości – elity wybierają straszenie. Kaczyński straszy Putinem i nieszczęściem Polski. Bogucki straszy „antypolskimi” wypowiedziami, które rzekomo osłabiają rację stanu. Tusk straszy hańbą i izolacją międzynarodową. W tle mediów głównego nurtu pojawiają się kolejne teksty o „koszmarze PiS”, o „atucie Tuska”, o „zagrożeniu dla demokracji”. Elity tworzą atmosferę, w której samo istnienie Brauna ma być wystarczającym powodem, by głosować na „bezpieczne” opcje.
To oczywiście strach przed utratą kontroli. Bo Braun nie jest produktem salonu. Nie jest człowiekiem, którego da się zaprosić na kolację do Brukseli czy Waszyngtonu i uciszyć kompromisem. On mówi rzeczy, które elity uznały za nieprzyzwoite, a które rosnąca część społeczeństwa uznaje za oczywiste. Warto zauważyć, że ten strach jest ponadpartyjny. Zarówno PiS-owskie, jak i lewicowo-liberalne elity zgodnie uznają Brauna za zagrożenie. To rzadka zgoda, która tylko potwierdza, jak bardzo boją się utraty monopolu.
Jednocześnie przy pomocy tego agresywnego demonizowania elity oddają Braunowi wielką przysługę: robiąc z niego głównego oponenta, nabijają mu punkty, gdyż zmieniają główną oś politycznego podziału. Zaczyna ona przebiegać nie pomiędzy słabnącym PiS a słabnącym KO, tylko pomiędzy PiS i KO we wspólnym froncie a Braunem jako wspólnym wrogiem.
Gdyby Braun był jedynie marginalną postacią, nikt by się nim nie zajmował. Gdyby jego notowania spadały, elity milczałyby z politowaniem. Tymczasem im wyżej rośnie jego poparcie, tym głośniej brzmią ostrzeżenia. Kaczyński wyklucza sojusz nawet za cenę władzy – bo dobrze wie, że Braun nie będzie przystawką, którą będzie mógł połknąć. Tusk wskazuje, że bez Brauna Kaczyński nie wygra – bo boi się alternatywy, w której prawica się konsoliduje poza jego kontrolą. Bogucki potępia wypowiedzi jako antypolskie, ale jednocześnie nie wyklucza rozmów – bo boi się, że całkowite odcięcie może wzmocnić legitymację Brauna wśród wyborców i zaszkodzić reelekcji swojego szefa.
Ta panika elit ma głębsze podłoże. Grzegorz Braun symbolizuje coś, czego salony nie potrafią zaakceptować: powrót polityki opartej na zdecydowanych wartościach, bez oglądania się na poprawność i międzynarodowe opinie. Elity przyzwyczaiły się do tego, że debata toczy się w wąskich ramach – między skrajnie lewacką „europejskością” a prounijnym, czyli w gruncie rzeczy też lewackim „umiarkowanym konserwatyzmem”. Braun te ramy rozsadza. I właśnie dlatego straszenie możliwością jego dojścia do władzy stało się głównym zajęciem politycznym sezonu. Nie chodzi w nim o realną analizę programową. Chodzi o mobilizację strachu. Strachu przed utratą wpływów, przed zmianą języka debaty, przed tym, że wyborcy mogą wybrać kogoś, kto nie gra według reguł salonu.
Strach elit
W tej grze elity ujawniają swoją słabość. Im więcej mówią o rzekomym niebezpieczeństwie powodowanym przez Brauna, tym bardziej potwierdzają, że traktują go poważnie. Im częściej powtarzają, że sojusz z nim to katastrofa, tym wyraźniej widać, że boją się scenariusza, w którym to właśnie on może stać się decydującym graczem. Kaczyński, Bogucki i Tusk – każdy na swój sposób – razem uczestniczą w tej operacji zastraszania. Ich wypowiedzi nie są jedynie oceną polityczną. Są wyrazem lęku przed utratą kontroli nad polską polityką. A im głośniej straszą, tym bardziej ujawniają, że Grzegorz Braun przestał być marginalną postacią i stał się realnym wyzwaniem dla całego układu.
Elity boją się go nie dlatego, że jest niebezpieczny dla Polski. Boją się go dlatego, że jest niebezpieczny dla nich.
Stanisław Kłopotowski
Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 35-36, 24 sierpnia – 6 września 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.



