Strona głównaWiadomościPolska"To patologia". Nowoczesny śmigłowiec SG nie może latać, bo nie ma nikogo...

„To patologia”. Nowoczesny śmigłowiec SG nie może latać, bo nie ma nikogo z uprawnieniami

-

- Reklama -

W Straży Granicznej znajduje się najnowszy i najdroższy – bo za prawie 50 mln zł – śmigłowiec, którym obecnie żaden funkcjonariusz nie ma prawa latać, gdyż nie ma uprawnień. Dotychczas tylko jeden pilot miał uprawnienia, jednak złamał rękę, więc przez co najmniej kilka tygodni – jeśli nie miesięcy – nie będzie mógł latać. Jest też kobieta, która mogłaby otrzymać uprawnienia, ale wydaje się, że „góra” ją blokuje. Sami funkcjonariusze nazywają sytuację „patologią” i podkreślają, że zmiany idą tylko w gorszym kierunku, a nikt nie ponosi żadnej odpowiedzialności za ten stan. Z kolei władze SG przekonują, że wszystko jest w najlepszym porządku.

– Proszę o tym, co się dzieje, napisać wprost: To patologia. Trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Bo jak się blokuje dziewczynę ze wszystkimi uprawnieniami, bez podania przyczyn, tylko z czystej złośliwości i stawia na jednego pilota, to tak musiało się skończyć. Najnowocześniejszego śmigłowca Straży Granicznej nie może dziś pilotować żaden funkcjonariusz – powiedział Radiu ZET jeden z doświadczonych funkcjonariuszy SG.

Problem ukazuje się z dwóch stron. Jedna to blokowanie doświadczonej pilotki, której imienia nie podano, a jedynie literę nazwiska: A. Nie przedłużono jej uprawnień i nie podano przy tym żadnej przyczyny.

Sprawa była wielokrotnie poruszana przez Radio ZET. Obecnie sprawą blokowania A. zajmuje się prokuratura.

Druga strona to wypadek sprzed kilku dni majora Cezarego Kolibki, w wyniku którego złamał rękę. To kontuzja uniemożliwiająca prowadzenie śmigłowca.

SG posiada 12 samolotów i siedem śmigłowców. W większości to przestarzałe sprzęty, mające nawet ponad 20 lat. W każdej chwili mogą trafić na złom. Wyjątkiem jest śmigłowiec Airbus EC135. Wszedł do służby w styczniu 2020 roku. Zakupiono go za ponad 46 mln zł.

„Ma nowoczesny system obserwacyjny i sporą prędkość przelotową. Może spędzić w powietrzu nawet 3,5 godziny. Maksymalnie może zabrać na pokład nawet siedem osób” – wylicza radiozet.pl.

Obsługiwać mogłyby go obecnie tylko dwie wspomniane wcześniej osoby. Jednak pilotka nie ma uprawnień, a mjr Kolibek ma złamaną rękę. W efekcie maszyna po prostu stoi.

– Można powiedzieć, że Kolibek to człowiek instytucja. Był kierownikiem sekcji, naczelnikiem, pilotem. Może się okazać, że bez niego, z bardzo ograniczoną obsadą, wydział w Huwnikach zaraz będzie do zamknięcia. Niestety, ale liczenie na jednego człowieka, przyznawanie mu wielu zadań i funkcji jest igraniem z losem. I nie jest to zarzut do Czarka, tylko do dyrekcji Biura Lotnictwa, która nie uczy się na błędach popełnionych zarówno przez poprzedników, jak i na własnych – powiedział funkcjonariusz SG.

Były funkcjonariusz SG i doświadczony pilot podkreślił, że złamanie ręki może wykluczyć z pilotowania śmigłowca nawet na kilka miesięcy.

– Po takim urazie nie da się wrócić do latania zaraz po zdjęciu gipsu. Potrzebna będzie jeszcze rehabilitacja, bo do latania śmigłowcem są potrzebne dwie sprawne ręce. Ona cały czas muszą być na sterach, bo śmigłowiec to taki sprzęt, że który wymaga stałej czujności – wyjaśnił.

Radio ZET wskazuje, że rozmawiało z funkcjonariuszami SG, którzy mieli nadzieję na to, iż po wypadku majora dyrekcja Biura Lotnictwa wyśle na egzamin przedłużający uprawnienia pilotkę A. Dodawali, że będący od sierpnia ubiegłego roku szef BL, płk Grzegorz Pietyra obiecywał „działania, które poprawią sytuację kadrową” i zapewniał w rozmowach indywidualnych z funkcjonariuszami, że będą się mogli szkolić i zdobywać nowe uprawnienia.

Oczywiście, obiecanki cacanki a głupiemu śmiech.

– Nic takiego nie nastąpiło, wszystko jest po staremu. A nawet gorzej. To, że nie pozwalają wznowić A. [uprawnień] to czysta złośliwość. Przecież dziewczyna ma wszystkie uprawnienia i mogłaby już dziś wsiąść w ten śmigłowiec. Na siłę chcą udowodnić, że jest niepotrzebna, bo nawet po tym wypadku nic jej nie zaproponowali – powiedział funkcjonariusz SG Radiu ZET.

– Trudno, żeby w lotnictwie SG było dobrze, skoro dyrektor Pietyra wcześniej pracował na lotnisku Okęcie, ale na ziemi. Jego zastępca płk Tomasz Borycki przyszedł z łączności, a ostatni ppor. Piotr Mielniczuk przez lata nie mógł zdobyć nie tylko uprawnień pilota, ale też mechanika czy operatora. To kompromitujące, że takie osoby zarządzają lotnictwem. A blokowanie doświadczonej pilotki, która najbezpieczniej wykonuje loty, to skandal. Podpieranie się jakimiś frazesami o bezpieczeństwie, jest po prostu gadaniem głupot – ocenił inny doświadczony pilot.

Sprawa blokowania A. jest obecnie w prokuraturze. Śledztwo prowadzi Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Jak podaje Radio ZET, były szef personelu mjr Jerzy Przybyłek bez podania przyczyny zawiesił ją w lotach. Następnie nie dopuścił jej do egzaminu przedłużającego uprawnienia do pilotowania EC-135.

„Trzeba też dodać, że decyzje byłego szefa personelu o zawieszeniu pilotki, a później nieprzedłużeniu jej uprawnień sprawiły, że nie tylko śmigłowcem EC135, ale też morską Anakondą nie ma kto latać. W przypadku tej drugiej maszyny trzeba było wynajmować zewnętrznego pilota i płacić mu za wykonanie prób technicznych na śmigłowcu. SG zapłaciła za to pięć tysięcy złotych. Dodatkowo formacja opłacała wynajem części zamiennych do śmigłowca od zewnętrznej firmy. To kilkaset złotych dziennie, mimo że oprócz A. nikt nie mógł latać Anakondą. Według naszych rozmówców w ciągu kilku miesięcy zawieszenia pilotki SG na wynajem części mogła wydać nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych” – czytamy na radiozet.pl.

Przybyłek błyskawicznie odszedł na emeryturę, gdy A. zaczął reprezentować profesjonalny pełnomocnik. Mjr – jak ustaliło Radio ZET – poprosił we wniosku o zwolnienie ze służby o skrócenie standardowego, trzymiesięcznego okresu wypowiedzenia.

Radio ZET zwróciło się do władz SG w sprawie problemów z pilotami. Zapytano o to, co dzieje się w Biurze Lotnictwa, ilu funkcjonariuszy posiada uprawnienia do pilotowania wspomnianej maszyny i czemu nie przedłużono uprawnień A. Zapytano też jak kierownictwo BL i komendant główny SG oceniają decyzję mjr. Przybyłka prowadzącą do tego, że najdroższy śmigłowiec w SG nie może latać oraz jakie działania planuje formacja w celu rozwiązania tych problemów.

Redakcja napisała, że „odpowiedź jest zaskakująca”, choć raczej należałoby stwierdzić, że jest „bezczelna”.

„Lotnictwo Straży Granicznej w sposób ciągły realizuje zadania w ochronie granicy państwowej. Flota powietrzna formacji, w tym śmigłowce EC 135, utrzymywana jest w stałej gotowości operacyjnej, a realizowane zadania są w pełni zabezpieczone pod względem kadrowym. Zarówno liczba pilotów, jak i harmonogram ich dyżurów, odpowiadają bieżącym potrzebom operacyjnym formacji. Wszystkie procedury związane z podtrzymywaniem uprawnień lotniczych oraz polityką kadrową realizowane są zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa” – odpowiedziała mjr Anna Sobieska-Tekień, rzecznik Komendanta Głównego SG gen. Roberta Bagana.

Dodała, że SG nie komentuje „indywidualnej sytuacji kadrowej oraz przebiegu służby poszczególnych funkcjonariuszy, co wynika z przepisów prawa o ochronie danych osobowych oraz pragmatyki służbowej”. Nie odniosła się w ogóle do pytań o mjr. Przybyłka.

Według funkcjonariuszy SG, „góra” będzie obchodziła problem tak, by „w papierach się zgadzało”.

– Uprawnienia do pilotowania ma jeden z cywili zatrudnionych w SG, który jest instruktorem i egzaminatorem. Prawdopodobnie już zatrudnili lub zatrudnią kolejnego cywila. Obaj będą przyjeżdżać raz w miesiącu i uruchamiać maszynę, żeby w papierach wszystko było w porządku. Problem jest taki, że to są cywile, którzy przecież nie mają dostępu do wszystkiego tego, co mają funkcjonariusze. I też trzeba płacić dodatkowo tym ludziom, a funkcjonariuszka, która mogłaby to robić w ramach swoich obowiązków, może tylko przyglądać się z boku – powiedział jeden z pograniczników.

– Mimo że alarmujemy o tym od dawna, nikt nie poniósł żadnych konsekwencji – podsumował funkcjonariusz SG.

Najnowsze