Strona głównaMagazynRazem do Senatu, osobno do Sejmu

Razem do Senatu, osobno do Sejmu

-

- Reklama -

Jednym z zajęć, które najbardziej zapamiętałem podczas studiów na Uniwersytecie Wrocławskim, były te ze statystyki. Liczby nie powiedzą wszystkiego, ale powiedzą wiele. Nie tylko o gospodarce. Także o polityce. Zwłaszcza o wyborach. O tym za chwilę, a na razie krótka wycieczka w przeszłość, skoro już wspomniałem o mojej Alma Mater, którą skądinąd kończyli nieco później niż ja politycy tak różni jak „Grzegorzów dwóch”, czyli Grzegorz Braun i Grzegorz Schetyna.

Uniwersytet nasz za komuny miał bardzo „politycznie poprawnego” patrona, czyli samego Bolesława Bieruta. W skrócie UBB. Zdecydowana większość studentów miała towarzysza Bieruta w nosie, żeby nie powiedzieć zgodnie z prawdą, że znacznie niżej. W związku z tym rozszyfrowywaliśmy ów skrót UBB jako „Uniwersytet Brigitte Bardot”. Madame Bardot zmarła miesiąc temu we Francji w wieku 87 lat, ale gdy myśmy studiowali, miała ich czterdzieści parę i kojarzyła się zdecydowanie lepiej niż zmarły w Moskwie „Towarzysz Tomasz”. O Bardotce plotkowano za życia, o Bierucie plotkowano po śmierci. Polacy kpili, mówiąc o nim „pojechał w futerku, a wrócił w kuferku” albo „pojechał w salonce, a wrócił w jesionce” czy też „pojechał dumnie, a wrócił w trumnie”. Zgryźliwie zauważano też, że „zjadł ciastko z Kremlem”. Cóż, „polska reakcja”, jak ją określały komuchy, miała używanie.

- Reklama -

Od spraw śmiertelnych przejdźmy do spraw śmiertelnie poważnych. A takimi są przyszłoroczne wybory do obu izb parlamentu. Ponieważ zgodnie z tytułem rubryki jestem politycznym realistą, to nie będę namawiał do mission imposible, czyli do jednej szerokiej listy prawicy w wyborach do Sejmu RP. Będą trzy – i dobrze. Dobrze, bo nie ma siły, żeby było inaczej. Domaganie się tego to bujanie w obłokach, a ci, co w nich bujają, powinni mieć zakaz zajmowania się polityką. A ponieważ polityka to sztuka osiągania rzeczy możliwych w danym miejscu i czasie (definicja autorska, wszelkie prawa zastrzeżone!), to skupmy się na wyborach do Senatu RP. Najpierw liczby, które powinny co niektórych pozbawić wszelkich złudzeń. Oto w wyborach do Izby Wyższej w 2015 roku, tuż po zwycięstwie doktora Andrzeja Sebastiana Dudy w wyborach prezydenckich PiS, który tego samego dnia wygrał wybory do Izby Niższej, zdobył w Senacie 61 miejsc na 100. Dodajmy do tego jeszcze dwóch senatorów rzekomo „niezależnych”. Byli to Jarosław Obrębski w okręgu wrocławskim i Grzegorz Bierecki w okręgu Biała Podlaska. Obaj wkrótce po wyborach przystąpili do klubu PiS. W ten sposób klub, który wówczas jako jedyny reprezentował prawicowych wyborców w Senacie, liczył 63 senatorów.

Po czterech latach, gdy do Sejmu weszła także Konfederacja, wówczas PiS w wyborach do „izby zadumy i refleksji” starł się z tęczową koalicją Bloku Senackiego lewicy, PO i PSL. Przyszła (za cztery lata) koalicja 13 grudnia ideologicznie była grochem z kapustą, ale wyborczo okazała się skuteczna: łącznie z senatorami niezależnymi (np. eksprezes NIK Krzysztof Kwiatkowski ze Zgierza czy eksminister Stanisław Gawłowski z Koszalina) uzyskała minimalną, ale większość przy 48 mandatach PiS wspartych jednym mandatem senator niezrzeszonej (Lidia Staroń z Olsztyna z ruchu członków spółdzielni mieszkaniowych), ale głosującej jak Prawo i Sprawiedliwość. Regres PiS-u w Senacie wyniósł więc minus czternaście, w porównaniu z rokiem 2015. Po czterech latach regres był podobny, ba, jeszcze większy. PiS, mając w niektórych okręgach konkurencję w postaci kandydatów Konfederacji, Bezpartyjnych Samorządowców czy też prawicowych kandydatów niezależnych, uzyskał 34 mandaty, tym razem już przegrywając z lewicowym Blokiem Senackim niemalże przez nokaut – choć matematycznie uzyskał, podobnie jak w wyborach do Sejmu, więcej głosów! Regres wyniósł minus piętnaście, a pod względem liczby „szabel” klub senacki PiS cofnął się niemalże do najgorszego dla prawicowych wyborców roku 2011, gdzie mandaty uzyskało 31 senatorów startujących z poparciem Prawa i Sprawiedliwości.

- Prośba o wsparcie -

Dużo tych liczb, ale są one nieodzowne, aby uświadomić sobie i bliźnim, że o ile pójście do Sejmu na trzech różnych listach wydaje się być racjonalne, bo bardziej „wysyci” elektorat na prawo od centrum, o tyle pójście osobno do Senatu Rzeczypospolitej to najprostsza droga do klęski, czyli oddania Izby Wyższej po raz trzeci z rzędu w ręce obozu kosmopolitycznego czy tez internacjonalistycznego (obie nazwy pasują). Politycznym realizmem jest stworzenie czegoś, co proponowałem publicznie już wiosną 2025 roku.

Roboczo określiłem to wtedy jako Senacki Paktem Prawicy. Uczyniłem to zanim podobną koncepcję na X (dawny Twitter) przedstawili niezależnie od siebie Marcin Palade i Cezary Gmyz. Przed świętami Bożego Narodzenia identyczną co do treści, choć inaczej nazwaną – Niepodległościowy Pakt Senacki – koncepcję sformułował na konferencji prasowej w Kielcach prezes Grzegorz Braun.

PiS przegrał w roku 2023 wybory do Sejmu dlatego także, że przez cztery lata (2019–2023) dał opozycji wielki instrument działania w postaci większości senackiej. Jeżeli teraz powtórzymy ten błąd, to nawet wygrana w wyborach sejmowych przy przegranej w wyborach senackich może znacząco utrudnić wspólne rządzenie – jeśli w ogóle do niego dojdzie, bo obecne sondaże wcale nie dają takiej pewności.

Na koniec zamiast wielkich słów będzie apel o szacunek dla liczb. Te są bezwzględne. Politycy nie mogą i nie powinni ich pomijać. Wspólny „niepodległościowy” czy „prawicowy” Pakt Senacki byłby wielkim krokiem do przejęcia władzy przez szeroko rozumiany obóz patriotyczny. Dać to powinno, według różnych obliczeń, od 55 do 61–62 mandatów senatorskich.

Najnowsze