Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump przeszedł od słów do czynów i wraz z kilkunastoma innymi przywódcami powołał do życia Radę Pokoju. Zaproszenie do dołączenia do niej otrzymał również prezydent Polski Karol Nawrocki, lecz władze warszawskie do czasu powstania niniejszego artykułu nie podjęły ostatecznej decyzji. Podpisanie aktu założycielskiego odbyło się w Davos bez udziału wielu europejskich przywódców, co spowodowane było obawami o charakter nowej organizacji oraz sprzeciwem wobec amerykańskich zakusów dotyczących Grenlandii.
W czwartek 22 stycznia równo tydzień po zapowiedzi jej utworzenia prezydent USA wraz z kilkunastoma innymi przywódcami podpisał akt założycielski Rady Pokoju. W uroczystości wprawdzie wziął udział prezydent Polski, ale nie złożył swego podpisu, co było tłumaczone niemożnością przeprowadzenia procedury dołączenia do organizacji międzynarodowej przez nasz urokliwy bantustan w tak krótkim czasie. Początkowo powołana Rada miała zająć się zaprowadzeniem pokoju w Strefie Gazy, lecz z czasem zaczęły się pojawiać głosy, iż w przyszłości mogłaby zastąpić niezbyt sprawną Radę Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych. Pomimo zapewnień Trumpa o chęci współpracy z ONZ, na możliwe plany innego rozwoju sytuacji wskazuje zaproponowanie członkostwa około sześćdziesięciu liderom różnych państw, które na Bliskim Wschodzie często nie mają żadnych interesów.
W momencie pisania tego artykułu nierozwiązane pozostają wątpliwości natury formalnej, dotyczące funkcjonowania Rady. Wiadomo, że można do niej dołączyć tylko na zaproszenia przewodniczącego, którym jest Trump. Jego członkostwo ma być dożywotnie, a ponadto – jeśli wierzyć mediom – jako szef Rady ma być nieodwoływalny, zaś zmiana na tym stanowisku będzie możliwa jedynie, jeśli sam zrezygnuje albo zostanie uznany za niezdolnego do pełnienia tej funkcji. Amerykański prezydent ma mieć także możliwość wyznaczenia swojego następcy. Członkostwo w Radzie może być bezpłatne, tyle że wówczas kadencja takiego skąpego państwa upłynie po trzech latach i od Trumpa zależeć będzie, czy zostanie przedłużona. Biznesowe podejście prezydenta USA powoduje, że zaproszone kraje miałyby mieć prawo wykupu bezterminowego członkostwa po uiszczeniu opłaty w wysokości co najmniej miliona dolarów. Biały Dom utrzymuje jednak, iż „nie ma minimalnej opłaty członkowskiej”, a ofertę stałego uczestnictwa w Radzie skierowano do krajów partnerskich, które „wykazują głębokie zaangażowanie na rzecz pokoju, bezpieczeństwa i dobrobytu”.
Nawrocki chce do Rady
Oferta skierowana została także do prezydenta Polski, co już w poniedziałek 19 stycznia potwierdził szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz. Szef BPM dostrzegł w tej inwitacji rzecz jasna „uznanie roli Polski na arenie międzynarodowej”. Jednocześnie Przydacz, aby nie było żadnych wątpliwości, zaznaczył, że „podawane są informacje, że do takiej Rady zapraszane są także osoby czy politycy, z którymi w żaden sposób po drodze polskiemu prezydentowi nie jest”. Nie chodziło tu oczywiście o zbrodniarza wojennego Benjamina Netanjahu, lecz o moskiewskiego zbrodniarza wojennego Władimira Putina. To właśnie potencjalna obecność w tworzonej organizacji prezydenta Rosji oraz białoruskiego przywódcy Aleksandra Łukaszenki wzbudziła nad Wisłą największe zaniepokojenie, jednocząc dużą część polskiej klasy politycznej.
Były prezydent Andrzej Duda stwierdził w rozmowie z Onetem, wskazując na zaproszenie dla wyżej wymienionych polityków, że „jest w tym wszystkim jeden poważny problem”. Zaskakująco przytomnie zauważył jednak, że „nikomu jakoś nie przeszkadza, że w Radzie Bezpieczeństwa ONZ zasiada się przy jednym stole z Rosją”. Przewodniczący Rady ds. współpracy z Ukrainą Paweł Kowal powiedział natomiast w Radiu Zet, iż „odradza pokazywanie się z Putinem wszystkim polskim politykom”, choć nie przesądzał w żaden sposób polskiej odpowiedzi. Z kolei aspirująca do roli lidera Polski 2050 minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz powiedziała na antenie TVN24, że członkostwo w Radzie z tak przebrzydłymi przywódcami państw sąsiednich byłoby dla naszego kraju „wysoce kontrowersyjne”. W tych dniach z okolic rządu warszawskiego nie dało się usłyszeć jednoznacznych deklaracji co do członkostwa Polski w Radzie.
Oficjalnie podano jedynie, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych przekazało swą opinię Kancelarii Prezydenta, lecz jej treść pozostała nieznana. Nawrocki stwierdził, że opinia była „nie do końca poważna”. Z kolei zazwyczaj wygadany premier Donald Tusk napisał najpierw dość lakonicznie na portalu X, że „przystąpienie Polski do organizacji międzynarodowej wymaga zgody Rady Ministrów i ratyfikacji przez Sejm” oraz dodał, iż „rząd kierować się będzie wyłącznie interesem i bezpieczeństwem państwa polskiego” i rzekomo nie da się nikomu rozegrać, co wywołało powszechne rozbawienie. Za asekuracyjny mógł być uznany inny wpis, w którym premier stwierdził, że „w Davos zgodnie z rządową rekomendacją…”, co zapewne miało odnosić się do wzięcia przez Nawrockiego udziału w powołaniu Rady Pokoju, przy jednoczesnym braku podpisywania dokumentu. Zaskakująco stanowczy okazał się były prezydent Duda, który ocenił, że „odrzucenie, i to z góry, propozycji Donalda Trumpa nie byłoby racjonalne”.
Pierwszą jednoznaczną deklaracją dotyczącą chęci uczestnictwa w Radzie Pokoju była uchylająca rąbka tajemnicy wypowiedź Nawrockiego po spotkaniu z Trumpem. „Mówiliśmy o tym, że udział Polski jest oczywiście ważny, potrzebny w Radzie Pokoju” – zdradził w wywiadzie dla Telewizji Republika prezydent Polski. Nawrocki podkreślił także, że amerykański prezydent przyjął ze zrozumieniem nadwiślańskie zawiłości prawne dotyczące dołączenia do organizacji. Za swoją postawę Prezydent RP został poklepany po plecach przez ministra obrony narodowej. Władysław Kosiniak-Kamysz stwierdził w Polsat News, że „to jest dobre posunięcie”, ponieważ „odrzucanie bez analizy byłoby błędem, przyjmowanie bez procesu konstytucyjnego byłoby niemożliwe”. Słuchając wypowiedzi dużej części warszawskich polityków, nietrudno było odnieść wrażenie, że zostali oni zaskoczeni zaproszeniem i wobec konieczności podjęcia samodzielnej decyzji przyjęli postawę słynnego nosacza z memów, według którego to trzeba na spokojnie usiąść i pomyśleć.
Na Grenlandię
Zdecydowanie bardziej niedwuznacznie najważniejsze osoby w państwie wypowiadały się – przynajmniej oficjalnie – w sprawie potencjalnego wysłania polskich wojsk na Grenlandię. Szef MON Kosiniak-Kamysz stwierdził w Radiu Zet, że „dzisiaj nasza obecność na Grenlandii nie jest potrzebna” i zapewnił, że w tej sprawie „mają jednolite stanowisko”. Potwierdzać mogłyby to słowa premiera Tuska, który powiedział podczas konferencji prasowej, że władze warszawskie „nie planują wysyłania polskich żołnierzy do Grenlandii”. Warto zauważyć, że Tusk użył w tym przypadku czasu teraźniejszego, ponieważ lewicowy tygodnik „Newsweek” donosił, że szef rządu miał rozważać taką decyzję, lecz wysłanie wojsk uniemożliwił mu twardy sprzeciw ministra obrony narodowej, wspartego przez Prezydenta. „Było rzeczą oczywistą, że Polska nie wyśle swoich żołnierzy na Grenlandię. Próba (…) komponowania pewnego starcia na Grenlandii między siłami NATO i Unii Europejskiej a Stanami Zjednoczonymi (…) i budowanie takiego napięcia, jest w moim uznaniu zupełnie niepoważna i niepotrzebna” – powiedział w wywiadzie dla Republiki Nawrocki.
Krajowa dyskusja wynikała z tego, że po zapowiedziach Trumpa dotyczących chęci pozyskania wyspy, osiem europejskich państw skierowało na nią małe grupy żołnierzy, zazwyczaj składające się z kilku lub kilkunastu mundurowych, w ramach ćwiczeń „Arctic Endurance”. Działania te miały być odpowiedzią na zakusy amerykańskiego przywódcy oraz pokazać jedność i solidarność Starego Kontynentu. Trump w odpowiedzi zapowiedział nałożenie ceł na te kraje, z czego ostatecznie, po rozmowie z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte, wycofał się. Prezydent USA zdradził ponadto, że wraz z Rutte „stworzyli ramy przyszłego porozumienia dotyczącego Grenlandii” i „jeśli to rozwiązanie zostanie wdrożone, będzie wspaniałe dla Stanów Zjednoczonych Ameryki i wszystkich państw NATO”. Wcześniej, podczas Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) w Davos, Trump zapowiedział, że nie użyje w sprawie Grenlandii „nadmiernej siły”, jednocześnie dając europejskim liderom do zrozumienia, że jeśli USA w odpowiedzi na prośbę o wyspę usłyszą „tak”, to okażą stosowną wdzięczność, zaś jeśli „nie”, to zapamiętają takową zniewagę.
Na marginesie dyskusji o wysyłaniu wojsk na Grenlandię znalazła się zaskakująca sytuacja związana z misją żołnierzy niemieckich. Wojskowi z Bundeswehry mieli polecieć na wyspę własnym samolotem wojskowym, ale ostatecznie zdecydowano się na wyczarterowanie prywatnego samolotu Boeing 737 należącego do polskich linii lotniczych Enter Air. Na Grenlandii niemieccy żołnierze spędzili niespełna dwa dni i już po 44 godzinach zostali w trybie pilnym odwołani. Choć oficjalne powody tak rychłego zakończenia misji nie są znane, to spekuluje się, iż miało to związek z zapowiedziami Trumpa o nałożeniu ceł na kraje, które sprzeciwiają się jego zapędom.
Walka o świat i Polskę
Po dyskusjach podczas WEF wydaje się, że ryzyko dalszego osłabiania NATO oraz konfliktu zbrojnego pomiędzy członkami Sojuszu zostało przynajmniej na jakiś czas zażegnane. Przy okazji dowiedzieliśmy się, kto we władzach warszawskich zachowuje chłodną głowę, a kto infantylnie niezmiennie wierzy w znaczenie państw Europy Zachodniej na arenie światowej. W Davos Trump ocenił, że ONZ ma olbrzymi potencjał, który nie jest w pełni wykorzystywany.
Amerykański przywódca stwierdził ponadto, że „gdy ta Rada zostanie w pełni uformowana, będą mogli robić praktycznie wszystko, co będą chcieli”. Powołanie nowej organizacji jest jednym z elementów próby ratowania dominującej pozycji USA na świecie, a ostateczna decyzja Polski pokaże, czy aktualnie większe wpływy nad Wisłą ma stronnictwo niemiecko-unijne, czy też amerykańsko-żydowskie.
