Strona głównaGŁÓWNYDobrodziejstwo Mercosur. O co tak naprawdę chodzi w kontrowersyjnej umowie?!

Dobrodziejstwo Mercosur. O co tak naprawdę chodzi w kontrowersyjnej umowie?!

-

- Reklama -

Niemal cały 2025 rok upłynął nie tylko w Polsce, ale w całej Europie pod znakiem rolniczych protestów przeciwko umowie o wolnym handlu pomiędzy Unią Europejską a państwami zrzeszonymi w ramach Mercosur. Spojrzenie na zapisy porozumienia oraz dokładne przeanalizowanie argumentacji jego przeciwników pozwala jednak zrozumieć, że w rzeczywistości nie ma się czego obawiać, a ustalenia można krytykować, ale za zbyt zachowawczy charakter.

Choć przymiarki do zawarcia umowy o wolnym handlu pomiędzy UE a krajami Mercosur, czyli sześcioma państwami Ameryki Południowej, trwały już od początku XXI wieku, to do tej pory nie udało się osiągnąć porozumienia. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy były protesty rolników, które rozpoczęły się na Starym Kontynencie na przełomie 2024 oraz 2025 r., kiedy perspektywa ustalenia ostatecznego kształtu umowy stała się realna. Manifestacje przeciwników umowy odbywały się także w naszym umęczonym kraju, a poparcie dla chłopów wyraziła niemal cała nadwiślańska klasa polityczna, wpadając przy okazji w protekcjonistyczny amok. Wsparcie okazywane protestującym przez przedstawicieli prowadzącego za swych rządów antyrolniczą politykę Prawa i Sprawiedliwości było objawem hipokryzji, która jednak nie powinna nikogo dziwić.

Zdumiewać mogło natomiast stanowisko środowisk uznawanych za wolnościowe albo choćby samemu się tak określających. W godzinie próby okazało się bowiem, że wiele osób nie rozpoznaje prawidłowo zalet wolnego rynku i swobodnej wymiany międzynarodowej, ale ulega nacjonalistycznej retoryce gospodarczej albo zwyczajnie przyjmuje populistyczną narrację.

O co chodzi w umowie z Mercosur?

Aby dobrze zrozumieć omawiane zagadnienie, należy wrócić do podstaw, czyli tego, co naprawdę przewiduje umowa handlowa z krajami Mercosur, wokół której narosło wiele mitów. Porozumienie, którego pełna nazwa brzmi: „Umowa partnerska między Unią Europejską i jej państwami członkowskimi, z jednej strony, a Mercosur oraz Republiką Argentyńską, Federacyjną Republiką Brazylii, Republiką Paragwaju i Wschodnią Republiką Urugwaju, z drugiej strony”, przewiduje w pierwszej kolejności wzajemne zniesienie zdecydowanej większości ceł. Kraje zrzeszone w ramach Mercosur mają znieść 91 proc. ceł na towary z UE, a dla kolejnych 7 proc. mają zastosować preferencyjne stawki, przy czym ich wdrażanie będzie rozłożone na kilkanaście lat. Z kolei kraje europejskiej Wspólnoty mają znieść 92 proc. ceł na towary z Mercosur, z czego 76 proc. zostanie zlikwidowanych natychmiast po wejściu w życie umowy, a kolejne będą usuwane na przestrzeni dekady. Zaplanowane okresy przejściowe mają zapewnić producentom i przedsiębiorcom z obu stron czas na dostosowanie się do nowej rzeczywistości. W dokumencie Komisji Europejskiej podkreślono, że zmiany „ułatwią unijnym przedsiębiorstwom sprzedaż usług do Mercosuru zarówno za pośrednictwem lokalnych przedsiębiorstw, jak i w wymiarze transgranicznym”.

Po wejściu w życie umowy znikną lub zostaną zmniejszone południowoamerykańskie cła na takie produkty z Europy, jak części samochodowe, maszyny czy chemikalia, które dziś wynoszą kilkanaście procent. Zmiany sprawią, iż zyskają polscy producenci, którzy eksportują produkty z tych kategorii do krajów Mercosur. Należy w tym miejscu wyraźnie podkreślić, że cło nie jest niczym innym jak kolejnym podatkiem, przy pomocy którego rządy okradają obywateli, żądając pieniędzy, ponieważ ktoś kupił towar wyprodukowany za granicą. Umowa wprowadza dodatkowe mechanizmy ochronne dla europejskich producentów, ustanawiając określone kontyngenty na towary uznane przez urzędników za „wrażliwe”. Ustalone kwoty sprawiają, że nie będzie wolno importować więcej ton wołowiny, wieprzowiny, drobiu czy cukru, niż pozwalają na to przepisy. Oznacza to na przykład, że sprowadzona wołowina będzie odpowiadać maksymalnie za ok. 1,2 proc. unijnego spożycia. Twarde dane pokazują zatem wyraźnie, że głosy o zagładzie polskiego rolnictwa są co najmniej mocno przesadzone. KE zaproponowała także dodatkowe środki, takie jak dostosowywanie norm produkcji, zwiększenie liczby audytów i kontroli sanitarnych w państwach trzecich oraz wsparcie finansowe dla rolników w przypadku szkodliwego wpływu porozumienia na rynki rolne UE.

Sprzeciw wobec umowy

Masowy charakter protestów oraz zaangażowanie w nie różnych sił politycznych sprawiło, iż w przestrzeni publicznej pojawiło się wiele – w dużej mierze demagogicznych – argumentów przeciwko omawianej umowie. Część z nich opiera się na mitach, które powinny zostać rozwiane przytoczonymi powyżej podstawowymi informacjami. Pozostałe można zaś podzielić na trzy grupy.

Pierwsza z nich zawiera klasyczne argumenty protekcjonistów, uważających, że absolutnie nie powinno się dopuszczać do handlu z innymi krajami, jeżeli może to zaszkodzić krajowym przedsiębiorcom. Wszystko oczywiście w imię ochrony miejsc pracy. Ludzie ci nie dostrzegają, że w gospodarce liczy się przede wszystkim interes konsumenta, a nie pracownika. Jeżeli polscy klienci będą mieli dostęp do tańszych produktów z innych części świata, to bardzo dobrze, gdyż ostatecznie staną się bogatsi. Jeżeli w wyniku rynkowej konkurencji upadnie jakieś polskie przedsiębiorstwo albo gospodarstwo rolne, to najwidoczniej nie zaspokajało odpowiednio oczekiwań konsumentów i zaangażowane w nie osoby powinny poszukać innego zajęcia. Utracone miejsce pracy w rolnictwie pojawi się gdzie indziej, ponieważ konsumenci będą chcieli wydać zaoszczędzone pieniądze na inne produkty albo usługi. Nową odmianą tego typu argumentacji jest „bezpieczeństwo żywnościowe”, polegające na przekonaniu, że rolnictwo jest jakimś szczególnym obszarem strategicznym, który należy za wszelką cenę chronić. Jego zwolennicy przekonują, że w przypadku kryzysu i przerwania łańcuchów dostaw grozi nam głód, jak gdyby zapominali, że także w czasie konfliktów państwa ze sobą handlują i nawet za czasów II wojny światowej Polacy nie umierali masowo z głodu.

Do drugiej zaliczamy przekonanie o konieczności kontroli sanitarnej ze strony państwa, gdyż gdyby nie odpowiednie urzędy i inspekcje, to nie wiadomo, czym złowrodzy kapitaliści truliby swych klientów. W ostatnim czasie okazało się, że brak takich samych standardów w krajach Mercosur, jakie narzuca eurokołochoz, jest problemem nawet dla zadeklarowanych przeciwników „wyimaginowanej Wspólnoty”, którzy przecież muszą zdawać sobie sprawę, iż przepisy i normy w UE są w dużej mierze ustalane pod wpływem lobbystów. Używanie takiej argumentacji może wynikać z dwóch błędnych założeń. Po pierwsze z wiary w nieomylność urzędników, którzy w swej mądrości ustalą, co jest zdrowe, a co nie. Po drugie z uznania, iż przedsiębiorcy z jakiegoś powodu są podłymi ludźmi, którzy zamiast starać się utrzymać swych klientów, na których przecież zarabiają, w jak najlepszym zdrowiu, starają się im zaszkodzić. W omawianym obszarze jedynym zadaniem dla państwa mogłoby być dopilnowanie, aby konsumenci mieli dostęp do pełnej informacji na temat produkcji oraz składu danego towaru.

Trzecią stanowi argument o tym, iż aby wolny handel mógł się odbywać, obie strony muszą przestrzegać tych samych warunków. Tymczasem – przekonują – rolnik unijny jest zobowiązany do wypełniania wyśrubowanych norm i regulacji, podczas gdy jego konkurent z krajów Mercosur poddany jest znacznie bardziej liberalnym przepisom. O ile można w tym przypadku zrozumieć poczucie niesprawiedliwości wśród rolników, którzy powinni swoją energię skierować właśnie przeciw absurdalnym unijnym przepisom, o tyle nie jest to wystarczające uzasadnienie. Gdyby bowiem było tak, że nie może być wolnego handlu tam, gdzie są różne wymogi stawiane przez państwo, to zakazany albo przynajmniej obłożony horrendalnymi cłami powinien być import ubrań czy elektroniki, wyprodukowanych w krajach azjatyckich, w których chociażby przepisy dotyczące prawa pracy są znacznie mniej restrykcyjne. Żaden z apologetów wolnego rynku nie podnosi jednak w tym przypadku tego argumentu, ale raczej domaga się swobody handlowej i z chęcią korzysta ze sprowadzanych produktów, gdyż częstokroć jest to z korzyścią dla jego kieszeni. Podobnie i w tym przypadku każdy skorzysta, mając do wyboru tańszą żywność wyprodukowaną w niezatwierdzonych przez eurokratów warunkach sanitarnych oraz droższą, ale wytworzoną wedle unijnych wymagań.

Zbyt zachowawczo

Umowa o wolnym handlu pomiędzy Wspólnotą a krajami Mercosur zapewni unijnym konsumentom dostęp do tańszej żywności, dzięki czemu w ogólnym rozrachunku staną się oni bogatsi. Z kolei europejskim producentom pozwoli na łatwiejszy eksport do krajów Ameryki Południowej i zarabianie na tamtejszych klientach. Jeżeli ktoś po przeczytaniu warunków porozumienia nadal mu się sprzeciwia, to trudno nie odnieść wrażenia, że albo go nie zrozumiał i nie wie, jakie korzyści przynosi wolny handel międzynarodowy, albo ulega pokusie populizmu. Ostatecznie umowę z Mercosur można krytykować, ale jedynie za zawarcie w niej socjalistycznych zabezpieczeń, które sprawiają, iż nie będzie tak korzystna, jak mogłaby być.

Najnowsze