Szeroko rozumiana lewica „od zawsze” używa wymiaru sprawiedliwości przeciwko prawicy. Tak dzieje się zwłaszcza w Europie, ale również za „Wielką Wodą” – w Ameryce Północnej. Po obu stronach Atlantyku mechanizm jest prosty: usłużna prokuratura stawia prawicowym (ale też często centroprawicowym) politykom zarzuty dostarczając lewicowo-liberalnym mediom amunicji do artyleryjskiego ostrzału. Czasem to wystarczy do wykończenia tych, którzy nie są „politycznie poprawni” czy po prostu myślą samodzielnie i nie chcą grać w demoliberalnej orkiestrze.
Czasem, gdy to nie wystarczy, sprawa trafia do sądów, które wielokrotnie już stawały się w różnych krajach instrumentem zwalczania ludzi o prawicowych czy po prostu antyestablishmentowych poglądach. Gdy czytam pełne słusznego oburzenia głosy przeciwników „Koalicji 13 grudnia” o tym, że obecne władze dokonują „bezprecedensowego” zawłaszczenia wymiaru sprawiedliwości i używania go do rozprawy z prawicową opozycją – wówczas odpowiadam, co następuje. To skandal – fakt, to karygodne – pełna zgoda, ale sorry, Batory: „wszystko to już było”.
W USA podówczas były już prezydent Donald Jan Trump był dla rządzących Demokratów prawdziwą „tarczą strzelniczą”. Kolejne oskarżenia, śledztwa, przesłuchania, sprawy sądowe. Wszystko to nagłaśniane w mediach przedstawiających 45. prezydenta w dziejach USA jako niemal zbrodniarza. Trump ustał, wygrał wybory i teraz on ściga tych, którzy ścigali jego.
W Europie ustał też Sylwiusz Berlusconi. Nieustające sprawy sadowe, oskarżenia prokuratorskie wsparte licznymi wyrokami skazującymi w mediach nie przeszkodziły mu jednak w znającym życie i swoją klasę polityczną społeczeństwie Italii wracać dwukrotnie do władzy i w sumie trzy razy być premierem tego trzeciego co do liczby mieszkańców państwa członkowskiego Unii Europejskiej.
Co łączy tych dwóch ludzi? Berlusconi i Trump oczywiście obaj byli bardzo poważnymi przedsiębiorcami, którzy poszli do polityki. Obaj byli przez niekrótki czas częścią establishmentu, który ich potem zwalczał. Jednak najważniejszy wspólny mianownik to fakt, że obaj byli na tyle bogaci, że mieli pieniądze na prawników, którzy potrafili odwlec egzekucję wymiaru sprawiedliwości na nich do czasów ich kolejnych zwycięstw wyborczych. O słabości Mr Trumpa i Sgr Silvio do płci pięknej tu nie wspominam, bo wykracza ona, ku mojemu ubolewaniu, poza ramy tego tekstu.
Kolejnym krajem, w którym już od dekad trwa polowanie z nagonką wymiaru sprawiedliwości na polityków centro-prawicy i prawicy, jest Francja. Dziś prawi ludzie słusznie oburzają się na to, co się wyrabia przeciwko Marynie Le Pen. Nie pomogły jej rozpaczliwe próby schodzenia do centrum i połykanie własnego oraz jej formacji języka, gdy chodzi o sprawy LGBT czy ochrony życia nienarodzonych dzieci. Wyrok zapadł i na poziomie medialnym, i wymiaru nie-sprawiedliwości. Trwa co prawda postępowanie apelacyjne, ale mało kto wierzy, aby „układ zamknięty” Emanuela Macrona (którego częścią jest francuski odpowiednik polskiego Trybunału Konstytucyjnego oraz sądownictwo) przywrócił możliwość kandydowania liderce francuskiej prawicy w przyszłorocznych wyborach prezydenckich.
Jednak proszę nie myśleć, że Madame Le Pen jest pierwszą ofiarą lewicowo-liberalnego establishmentu zawiadującego francuskimi sądami. Ludzie Macrona już to ćwiczyli. Ich ofiarą stał się Franciszek Fillon – główny rywal późniejszego lokatora Pałacu Elizejskiego w pierwszej kampanii prezydenckiej Monsieura Macrona. Z góry było wiadomo, że minister-liberał w lewicowym rządzie prezydenta Franciszka Hollande’a – Macron – będzie miał pewne zwycięstwo tylko, jeśli w drugiej turze spotka się liderką Zjednoczenia Narodowego panią Le Pen. Jego wygrana w drugiej turze stałaby pod wielkim znakiem zapytania, gdyby znalazł się tam przywódca francuskich Republikanów, odwołujący się do spuścizny generała – prezydenta Karola de Gaulla – właśnie Fillon.
Ten były premier (w latach 2007–2012) w trzech kolejnych rządach, a wcześniej wieloletni deputowany i minister, miał wielką szansę zostać prezydentem po genialnym mówcy, ale słabym polityku Franciszku Hollande. Miał, ale nie został, bo dosłownie kwartał przed wyborami wytoczono mu postępowanie karne. Pretekstem było zatrudnianie własnej żony jako asystentki parlamentarnej, co może nie było ładne, wszak prawnie możliwe. Zarzutem było, że praca ta miała charakter fikcyjny. Małżeństwo Fillonów miało udowodnić do dziesięciu lat wstecz, że to nieprawda. Czyli główny rywal Macrona miał dowieść swojej niewinności. Jego proces rozpoczął się dopiero… trzy lata po sformułowaniu zarzutów przez prokuraturę. Jednak nie o sprawę sądową tu chodziło, tylko maksymalne zredukowanie jego wiarygodności, a zatem i wyniku w pierwszej turze, tak, aby mogła go wyprzedzić niewybieralna wtedy jeszcze pani Le Pen. Operacja się udała: Fillonowi zabrakło około 468 tysięcy do wejścia do drugiej tury.
Wbrew pozorom nie pisałem tu o egzotyce amerykańsko-włosko-francuskiej. Tak naprawdę pisałem o Polsce, bo te same mechanizmy synchronizacji upolitycznionego wymiaru sprawiedliwości i mediów, które z nim tańczą na pohybel prawicy – obserwujemy dziś w Rzeczypospolitej. Pasują do tej sytuacji słowa XVII-wiecznego angielskiego poety Jana Donne’a : „Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on Tobie”.



