Najpierw KSEF i możecie się pośmiać, że słychać wycie i tak dalej. Potem będą kamerki w autach, żeby wykluczyć pijanych kierowców. Następnie wszystkie paragony do kontroli, a na koniec kamera w każdym domu, by wykluczyć przemoc.
Świetny, przewrotny tekst od Krzysztofa Zubera (tutaj fragment, całość na: x.com/wydawnictwofp/):
„Wyobraź sobie, że państwo proponuje wprowadzenie nowoczesnego, ogólnokrajowego systemu, który będzie zapobiegać przemocy wobec dzieci. W ramach takiego systemu każda rodzina, która ma dzieci, zobligowana będzie zainstalować rządowe kamery w każdym pomieszczeniu swojego domu, dzięki czemu pracownicy agencji państwowej – wspomagani narzędziami AI – będą mogli łatwo wyłapać wszelkie przejawy przemocy domowej. Nie jesteś przekonany? Sam masz dzieci i nie życzysz sobie, by państwo podglądało cię w ten sposób?
Ale pomyśl, ile zła, ile krzywd wobec bezbronnych dzieciaków dzieje się za zasłoną czterech ścian w dziesiątkach czy nawet setkach tysięcy patologicznych domów w Polsce.
Dobrze wiesz, że porażające przypadki, o których dowiadujemy się z mediów – jak niedawna sprawa z Przemkowa, gdzie śmiertelnie pobito dwumiesięczne niemowlę – to tylko wierzchołek góry lodowej. Jeśli można temu jakoś zaradzić, to chyba warto?
Nadal protestujesz? Taka skala inwigilacji to według ciebie zbyt daleko idące naruszenie prywatności zwyczajnych, szanujących prawo obywateli? Nie chcesz, żeby państwo miało taki wgląd w życie twojej rodziny? By widziało, jak spędzacie czas, na co wydajecie pieniądze, kto was odwiedza i tak dalej? Ale posłuchaj, państwo będzie zobowiązane wykorzystywać ten system wyłącznie w przypadkach naruszenia prawa. Jeśli nie bijesz dzieci, nie masz się czego bać. W czym problem?”.
Ja jeszcze w sprawie KSeF – anegdotycznie
Lat temu 13 miałem starcie ze skarbówką. Otóż ponad rok walczyłem pismami o zaliczenie mi ulgi podatkowej na dzieci. Rozliczałem się liniowo, czyli dochód firmy zaliczany był jako mój dochód, więc był wyższy niż przeciętny. I było tak, że od jakiegoś progu, który przekraczałem, nie przysługiwała mi ulga na pierwsze dziecko, ale przy dwójce już mogłem z niej skorzystać na liniówce.
Żona była na wychowawczym, więc nie korzystała z rozliczeń. No i latałem jak głupek do skarbówki, walcząc o ulgi na dwójkę dzieci. To były jeszcze czasy wizyt lub listów. Listowne możliwości już wyczerpałem, więc zostały wizyty osobiste.
Więc mnie panie zbywały na zasadzie – to nie u mnie, proszę iść do pokoju x, tam do pokoju y, tam do z, tam do ź, a tam znowu do pierwszego. I tak sobie spędzam pół dnia w skarbówce – bo to czasy, gdy dużo ludzi musiało załatwiać rzeczy osobiście. Więc w końcu w tym pierwszym pokoju, do którego powróciłem, zostałem już zaklasyfikowany jako klasyczny pieniacz. Wezwano ochronę. Ja powiedziałem, że nie wyjdę, dopóki mi nie zatwierdzą wreszcie ulgi podatkowej na dzieci, bo mi się należy. Wezwano naczelnika, ten powiedział krótko do Pań – przecież mu ta ulga się należy.
I wtedy Pani, która miała otwartą moją kartotekę, w komputerku powiedziała na głos przy dwóch koleżankach, naczelniku i ochronie: „Tyle zarabia i jeszcze mu mało”.
Ale tym razem przy KSeFie nikt nie będzie z urzędników w naszych danych grzebał – na pewno.
Urzędnicy skarbówki mieli nie zaglądać do danych, a jednak zaglądają. Zaskoczenie takie jak to, że w styczniu i lutym mieliśmy zimę – niby każdy trochę się spodziewał, ale niespodzianka była.
Gwoli sprawiedliwości – jakość obsługi w urzędach przez te naście lat zmieniła się bardzo na plus. Jak czegoś nie da się załatwić w ustawowych ramach prawnych, to przynajmniej poinformują bez złośliwości i z uśmiechem na twarzy – chociaż tyle.



