Strona głównaGŁÓWNYWarszawa wobec wojny. Rząd miał szansę na rozsądek

Warszawa wobec wojny. Rząd miał szansę na rozsądek

-

- Reklama -

Wybuch wojny na Bliskim Wschodzie był dominującym tematem na przełomie lutego i marca także wśród krajowych polityków. Po umownej „prawej” stronie sceny politycznej pojawiły się zupełnie odmienne stanowiska, co zaowocowało interesującą wymianą zdań. Przez pewien czas wydawało się, że zdrowy rozsądek zachowa rząd warszawski, jednak ostatecznie do akcji wkroczyło ministerstwo spraw zagranicznych z Radosławem Sikorskim na czele, wydając oświadczenie.

W sobotę 28 lutego Izrael do spółki ze Stanami Zjednoczonymi zaatakował Iran i rozpoczął kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie. Persowie odpowiedzieli pięknym za nadobne, atakując nie tylko państwo położone w Palestynie, ale też inne kraje Zatoki Perskiej. Cele amerykańskiej ingerencji w Iranie nie były do końca jasne, o ile oczywiście ktoś nie uwierzył na słowo prezydentowi Donaldowi Trumpowi, iż chodzi o zniszczenie potencjału nuklearnego i militarnego Teheranu oraz uniemożliwienie reżimowi zdobycia broni jądrowej. Podobne odczucia mają sami Amerykanie. Z sondażu CBS News wynika, że aż 62 proc. respondentów uważa, że Trump nie wyjaśnił wystarczająco jasno celów USA w konflikcie z Iranem. Kontrowersje za oceanem wywołały także słowa sekretarza stanu Marco Rubio, który stwierdził, że Waszyngton wiedział, iż nastąpi atak Izraela i dlatego zdecydował się działać prewencyjnie, zakładając, że odpowiedź Teheranu będzie wymierzona także w amerykańskie cele.

- Reklama -

W podobnym tonie wypowiedział się przewodniczący Izby Reprezentantów Mike Johnson, według którego „jeśli Izrael powziąłby działanie przeciwko Iranowi, by wyeliminować ich rakiety, Iran natychmiast odpowiedziałby przeciwko personelowi i mieniu USA”.

Nawrocki wiedział

Informacje o amerykańsko-żydowskim ataku jeszcze przed jego rozpoczęciem miały dotrzeć do prezydenta Polski Karola Nawrockiego. Były szef Instytutu Pamięci Narodowej już w sobotę 28 lutego oznajmił w swych mediach społecznościowych, że jest na bieżąco informowany o razach wymierzanych perskiemu reżimowi i dodał, iż „dzięki utrzymywanym kanałom sojuszniczym i koalicyjnym, mieli świadomość podjęcia działań militarnych przez Izrael i USA”.

- Prośba o wsparcie -

Dwa dni później Nawrocki, który w czasie kampanii wyborczej gościł w Białym Domu, z jakiegoś powodu postanowił wspomnieć na portalu X trzech amerykańskich żołnierzy, którzy zginęli w wyniku irańskiego odwetu, a przy okazji jasno opowiedział się po jednej ze stron. „Na naszych oczach upada groźny reżim irański, który dozbrajał Rosję w jej napaści na Ukrainę i zagrażał innym państwom na Bliskim Wschodzie” – napisał prezydent Polski i podkreślił, że „najbliższe dni będą czasem decydujących rozstrzygnięć w tym regionie. Jesteśmy razem z naszymi sojusznikami!”.

Stanowisko Nawrockiego nie było odosobnione, ale korespondowało z narracją płynącą z kręgów okołopisowskich. Poseł Prawa i Sprawiedliwości Michał Wójcik wyjaśnił na antenie Radia Zet, że USA „zaatakowały Iran, ponieważ pracował nad wzbogaceniem uranu, a to zagrożenie nie tylko dla państw ościennych, ale i dla całego świata, to między innymi dlatego nastąpił atak”. Z kolei major Wojska Polskiego w stanie spoczynku i parlamentarzysta PiS Michał Jach w rozmowie z portalem „Goniec” pochwalił amerykański atak, ponieważ „Iran wielokrotnie pokazał, że z nimi trzeba rozmawiać wyłącznie z pozycji siły”. Jach ocenił, że Persowie „otrzymali taki cios, który prawdopodobnie całkowicie załamie ten program nuklearny”, a ponadto – popuszczając wodze fantazji – wyraził przypuszczenie, że „być może całe to państwo ajatollahów wreszcie zostanie zmiecione z powierzchni ziemi, bo to oni są rozsadnikami i roznosicielami światowego terroryzmu”.

Czołowi politycy partii Jarosława Kaczyńskiego wypowiadali się bardziej dyplomatycznie, jak unioposeł Tobiasz Bocheński, który przekonywał, że „Iran jest państwem w osi zła, która wspiera Rosję i wspierało Rosję i faktycznie destabilizacja tego państwa wspiera pośrednio to, co się dzieje na froncie ukraińskim, bo osłabia sojusznika rosyjskiego”.

Teheran – Warszawa wspólna sprawa?

Odmienne stanowisko przedstawili politycy Konfederacji Korony Polskiej. Lider formacji Grzegorz Braun przypomniał w mediach społecznościowych swój wpis z ubiegłego roku, kiedy to obwieścił: „Teheran – Warszawa, wspólna sprawa” i – wyjaśniając swoje stanowisko – dodał: „doktryna absolutnego prymatu roszczeń i uroszczeń »Wielkiego Izraela«, jeśli ostatecznie zatryumfuje na Bliskim Wschodzie, będzie tym łatwiej i tym bardziej bezwzględnie egzekwowana również wobec nas w Europie Środkowej”.

Inaczej na tę sprawę patrzy natomiast prezes partii KORWiN Janusz Korwin-Mikke. Według nestora środowisk wolnościowych „gdyby nawet doszło (co jest absurdem) do powstania Wielkiego Izraela, to też w niczym nie zmieniłoby sytuacji Polski”, a mogłoby nawet ją polepszyć, ponieważ „Żydzi zajęliby się czymś innym niż nami”. Znacznie dalej niżli do potępienia amerykańsko-izraelskiej agresji posunął się poseł Korony Włodzimierz Skalik, który na swoim profilu na portalu X z niejakim rozrzewnieniem wspomniał ajatollaha Aliego Chameneiego. Skalik przypomniał, że irański przywódca „miał odwagę potępić bluźnierczą »Ostatnią Wieczerzę« podczas otwarcia Igrzysk Olimpijskich we Francji”, a do tego był wrogiem „numer jeden syjonistów”. „Czy znajdzie się godny jego następca? Oby” – podsumował poseł, co wywołało zdumienie części komentatorów, zważywszy na fakt, iż Chamenei był liderem krwawego reżimu, który pośród wielu innych przewin ma na swym sumieniu także prześladowanie chrześcijan. Wydawca portalu nczas.info Adam Wojtasiewicz zwrócił uwagę, że „potępiając jednych bandytów, nie warto stawać po stronie drugich”.

To właśnie wpis Skalika był przyczyną dyskusji pomiędzy Bocheńskim a posłem Romanem Fritzem, który stanął w obronie partyjnego kolegi, po tym, jak unioposeł PiS napisał: „podawaj się za konserwatystę i tradycjonalistę katolickiego. Roztkliwiaj się nad muzułmaninem, który chciałby wszystkich niewiernych siłą nawrócić na islam, a obrażających Mahometa zabić”. Odpowiadając na zaczepkę byłego kandydata na prezydenta Warszawy, Fritz zadał dwa pytania: „Czyli np. przywódcę Arabii Saudyjskiej też można »bez roztkliwiania« zamordować ze względów przytoczonych w tym głupawym wpisie przez bajkopisarza nazwiskiem Bocheński? Czy Pan do reszty oszalał!?”.

W kolejnych wpisach politycy zaczęli wzajemnie nazywać się „szalonym maślarzem”, co było nawiązaniem do przynależności frakcyjnej wewnątrz PiS Bocheńskiego, oraz „szalonym Romanem”. Unioposeł zarzucał politykom Korony „fikołki”, aby bronić Iranu, który „w swojej oficjalnej doktrynie ma prowadzenie dżihadu i zaprowadzenie islamskiego stylu życia”, a Fritz pytał, czy w ten sposób polityk PiS zamierza „wytłumaczyć zbrojną napaść na obce państwo i zbrodnie na tysiącach niewinnych ludzi (w tym bombardowane szkoły i szpitale)?”. Ostatecznie Bocheński postanowił użyć hasła podnoszonego przez tzw. front gaśnicowy w kontekście wojny na Ukrainie i w tym przypadku stwierdził, że „to nie nasza wojna”.

Nadzieja matką głupich

Co zaskakujące, przez pewien czas można było mieć nadzieję na dość rozsądne podejście do bliskowschodniego konfliktu ze strony rządu warszawskiego. Co prawda minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz, odnosząc się do wspomnianej już śmierci amerykańskich żołnierzy, napisał, że tragedia miała miejsce w trakcie „operacji przeciwko Iranowi – państwu wspierającemu Rosję i destabilizującemu region”, ale nie poparł jednoznacznie amerykańsko-izraelskiej agresji. Roztropniej wypowiedział się rzecznik rządu Adam Szłapka, który w Radiu Zet stwierdził jedynie, że „Polska jest w kontakcie z sojusznikami” i wyraził nadzieję, że „koniec będzie taki, że sytuacja na Bliskim Wschodzie będzie stabilniejsza”. Takie stanowisko musiało spotkać się z aprobatą, ponieważ Warszawa nie ma interesu w popieraniu żadnej ze stron konfliktu i przyjęcie do wiadomości wybuchu wojny oraz apelowanie o pokój, a więc stanowisko, które można określić „watykańskim”, najlepiej oddaje interes narodowy Polski w aktualnej sytuacji geopolitycznej.

Na tym jednak się nie skończyło, gdyż kierowany przez Radosława Sikorskiego resort spraw zagranicznych wydał oświadczenie, potępiając „irańskie ataki wymierzone w kraje Rady Współpracy Państw Zatoki”. W dalszej części komunikatu stwierdzono, że „ataki na państwa niezaangażowane w konflikt są nieuzasadnione”. Już na tym etapie jasnym było, że warszawski MSZ nie zachowuje symetryzmu wobec obu stron konfliktu. Na koniec wyrażono nadzieję, iż „Iran przestanie stanowić zagrożenie dla swojego regionu i obierze drogę rządów prawa i pokojowego współistnienia”, co – wobec amerykańsko-izraelskiego ataku – nie mogło budzić zdziwienia chyba jedynie wśród pacjentów ze schizofrenią.

Najnowsze