Nawet ponad 100 tysięcy złotych miesięcznie – takie kwoty padają w ofertach pracy dla lekarzy na Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych. Mimo astronomicznych stawek, placówki w całej Polsce zmagają się z deficytem kadr. Lekarze wolą cieplejsze posadki i równie dobrze wynagradzane, na przykład w poradni, niż przebywać na „froncie walki”, jak coraz częściej mówi się potocznie o SOR-ach.
Rynek pracy dla medyków na oddziałach ratunkowych przypomina gorączkę złota. Szpitale licytują stawki godzinowe, aby w ogóle zapewnić obsadę dyżurową. Z ofert wynika, że lekarze bez specjalizacji mogą liczyć na wynagrodzenie rzędu 260–330 zł za godzinę. Dla rezydentów zaawansowanych w szkoleniu z dziedzin takich jak anestezjologia, kardiologia czy chirurgia, kwoty te rosną nawet do 450 zł.
W przeliczeniu na miesięczny kontrakt pensje szybują od 50 tysięcy do niebotycznych 108 tysięcy złotych. Ofert o podobnej skali nie brakuje na terenie całego kraju. Jednak nawet takie budżety nie są w stanie zasypać kadrowej przepaści. W Polsce funkcjonuje obecnie 251 oddziałów typu SOR, podczas gdy specjalistów medycyny ratunkowej jest zaledwie około 1200, z czego tylko część decyduje się na pracę w najcięższym trybie ostrodyżurowym.
Dlaczego finanse przegrywają z rzeczywistością? Przedstawiciele środowiska lekarskiego wskazują na obciążenie psychofizyczne. Praca na SOR to system oparty najczęściej na 24-godzinnych dyżurach (zwykle 8-10 w miesiącu), który szybko weryfikuje odporność na stres i dewastuje równowagę między życiem zawodowym a prywatnym.
Lekarze z SOR twierdzą, że zmagają się z rosnącą falą agresji i roszczeniowością pacjentów, a w wielu przypadkach ich praca sprowadza się do obsługi osób nietrzeźwych. Jak zauważają dyrektorzy placówek, personel medyczny odchodzi nie z powodu braku pieniędzy, lecz z braku sił na konfrontację z toksycznym środowiskiem pracy.
Lekarze z SOR narzekają też na system. Zamiast zajmować się sprawami nagłymi, do czego w teorii SOR ma służyć, często prowadzą planową diagnostykę kardiologiczną czy onkologiczną, zaopatrują błahe urazy. Pacjenci, odbijając się od wielomiesięcznych kolejek do specjalistów, szukają natychmiastowej pomocy w szpitalu. Efektem jest lawinowy wzrost liczby pacjentów przypadających na jednego dyżurującego, co – zdaniem lekarzy – drastycznie zwiększa ryzyko poważnego błędu medycznego.
Coraz więcej lekarzy, mając do wyboru pracę na „froncie walki” na SOR za 100 tys. zł miesięcznie lub ciepłą posadkę w poradni za trochę mniejszą kwotę, wybierają to drugie. Już teraz na SOR-ach są duże braki personalne, a w najbliższych miesiącach problem będzie się tylko pogłębiał.


