Ciekawe, jakie właściwie kryteria stosują ugrupowania polityczne w poszczególnych bantustanach Unii Europejskiej, wysuwając kandydatów do Parlamentu Europejskiego. Jeśli chodzi o nasz nieszczęśliwy kraj, to wszystko wskazuje na to, że nasi Umiłowani Przywódcy traktują Parlament Europejski jako luksusowy przytułek dla tak zwanych „byłych ludzi” – i dotyczy to prawie wszystkich ugrupowań.
Tak było na przykład w przypadku pani Beaty Szydło, której kariera sprawiała wrażenie oszałamiającej. Ze stanowiska wójta gminy, niechby nawet ważnej, od razu na stanowisko prezesa Rady Ministrów – to duży przeskok, nawet jak na naszą młodą demokrację. Pewne światło na mechanizm tego przeskoku rzuca okoliczność, że pani Beata jest absolwentką Szkoły Liderów przy Departamencie Stanu USA. Zresztą nie ona jedna – bo wśród absolwentów tej Szkoły był nie tylko premier Mieczysław Rakowski, ale i inny Wunderkind naszej polityki, w osobie pana Kazimierza Marcinkiewicza. On też został przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego wysunięty na stanowisko premiera rządu i pozostawał na tym stanowisku, dopóki nie zluzował go sam Naczelnik – zaś pana Kazimierza wkrótce przytłoczył nadmiar szczęścia, z którym boryka się podobno aż do dnia dzisiejszego.
Byli tam też i prezydenci, na przykład Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski, a także obywatel Tusk Donald. Najwyraźniej ukończenie tej Szkoły wyposaża absolwenta w certyfikat jeszcze lepszy od tego, który swoim konfidentom wystawia Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, dzięki czemu nasz nieszczęśliwy kraj jest przewidywalny aż do bólu. Z informacji na stronach Ambasady USA w Warszawie wynika, że elewi podczas szkoleń uczą się, jak uwzględniać interesy USA, kiedy już zostaną dygnitarzami. Ciekawe czy to jest szczyt ich umiejętności, czy przypadkiem nie zgłębiają też innych zagadnień, z którymi mogą zapoznać ich pierwszorzędni fachowcy z CIA – bo niby dlaczego nie?
Gdyby tak właśnie było, to lepiej rozumielibyśmy przyczyny, dla których taki np. Aleksander Kwaśniewski ani pomyślał, by przy okazji wysyłania polskiego kontyngentu wojskowego do Iraku, załatwić jakieś sprawy dla Polski – na przykład amerykańską zgodę i poparcie dla militarnej konwersji polskiego długu zagranicznego, albo uzyskanie niechby nawet ustnej obietnicy prezydent Busha młodszego, że USA, w rewanżu za tę przysługę, nie będą stosować żadnych nacisków na Polskę w sprawie żydowskich roszczeń majątkowych.
Kiedy w Instytucie Polityki Światowej w Waszyngtonie pytałem, czy możliwe było załatwienie tych spraw, usłyszałem, że sprawa zgody na militarną konwersję polskiego długu była „oczywiście” do załatwienia. Sprawa żydowskich roszczeń była „trudniejsza” – ale usłyszałem, że „trudne sprawy też trzeba podejmować”. Trudno jednak oczekiwać od szczęśliwego absolwenta Szkoły Liderów, by zawracał sobie głowę sprawami tubylczego bantustanu, na którego czele został postawiony – czy nie dzięki pomocy starych kiejkutów?
Ale co się stało, to się nie odstanie, chociaż nie od rzeczy będzie wspomnieć, że gdyby tak prezydent Kwaśniewski choć przez chwilę pomyślał o Polsce, to dzisiaj nie musielibyśmy łamać sobie głowy nad tym, czy w ofercie SAFE nie kryje się jakiś perfidny podstęp. Inna sprawa, że pomyślną rekrutację do tej Szkoły przeszedł też pan Dariusz Joński z Lewicy, więc kiedy obywatel Tusk już odejdzie w stan spoczynku, pewnie usłyszymy i o nim jako o kandydacie na naszą Umiłowaną Duszeńkę. Może to się zdarzyć szybciej niż nam się wydaje, nie tylko ze względu na rozsypywanie się Polski 2050, która sprawia już wrażenie partii jednorazowego użytku, ale ze względu na kalkulację, o którą podejrzewam stare kiejkuty w służbie niemieckiej. Ta sprawa wypłynęła podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego, ale z obfitości serca gorejącego ujawniła ją expressis verbis moja dawna faworyta Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus. Liczy ona, że jak tylko panu prezydentowi Nawrockiemu „coś by się stało”, to wtedy obowiązki prezydenta przejąłby pan Czarzasty, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Najwyraźniej moja dawna faworyta nie dopuszcza do siebie myśli, że „coś” może się stać Wielce Czcigodnemu panu marszałkowi. Skąd taka niezachwiana pewność? Tajemnica to wielka, chyba, że „w londyńskiej Wielkiej Loży już postanowiono”.
Co z tym wszystkim ma wspólnego Parlament Europejski? Nic zgoła, poza tym może, że kierowani tam osobnicy skazani są na wydawanie dekretów przeciwko trzęsieniom ziemi, albo przeciwko lodowcom. W takiej sytuacji nawet najtęższe głowy mogą się zmanierować, więc trudno się dziwić, że w końcu musiało dojść do tego, do czego doszło – a mianowicie do głosowania nad tym, kto może rodzić dzieci – czy tylko kobiety, czy też inne płcie. Przypomina to informację podaną kiedyś przez Sławomira Mrożka, że w pewnym instytucie naukowym przeprowadzono eksperyment przebicia głową muru. „Wynik potwierdził słuszność poprzednich teoretycznych założeń”. W Parlamencie Europejskim 233 posłów zagłosowało przeciw poprawce, że tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę, a 170 wstrzymało się od głosu. Znaczy – nie są pewni.
Osobliwością jest nie tyle może wynik głosowania, co sam fakt jego przeprowadzenia. Potwierdza on bowiem, że Parlament Europejski uważa, iż fakty powinno się ustalać przez głosowanie. To jest przejaw demokracji totalnej, według której przez głosowanie można nawet unieważnić prawo powszechnego ciążenia. Dla usprawiedliwienia Parlamentu Europejskiego, który swoją drogą w całości powinien zostać dokładnie przebadany przez jakieś konsylium weterynarzy, warto przypomnieć, że to nie pierwszy przypadek ustalania faktów przez głosowanie. Po raz pierwszy zetknęliśmy się z tym objawem demokracji totalnej, która zatacza coraz szersze kręgi, więc w końcu musiała zahaczyć o rejony psychiatryczne, w roku 1990, kiedy to gang noszący nazwę Światowej Organizacji Zdrowia przez głosowanie ustalił, że homoseksualizm nie jest ohydnym zboczeniem płciowym, tylko szlachetną „orientacją”. Skutki tego aktu demokracji totalnej odczuwamy do dnia dzisiejszego.
Na przykład gdyby tak ktoś publicznie stwierdził, że osoby homoseksualne powinny być leczone, to mógłby zostać oskarżony i zawleczony przed nienawistny sąd o używanie „mowy nienawiści”. Mową nienawiści, jak wiadomo, jest każda opinia, która z tych czy innych powodów nie podoba się albo Judenratowi „Gazety Wyborczej”, albo Jasnogrodowi, albo wreszcie – promotorom rewolucji komunistycznej, którzy próbują ją wreszcie narzucić Europie i Ameryce Północnej. To z tego totalniackiego triumwiratu pochodzą te wszystkie wynalazki, których plusem dodatnim może być tylko to, że normalni ludzie zaczną się wstydzić swego posłuszeństwa wariatom, a ich pepinierę w instytucjach UE zlikwidują, zapędzając urzędujący tam personel do infirmerii…


