Strona głównaWiadomościPolitykaNowacka znowu szarżuje. Seksualizacja dzieci w szkołach od września obowiązkowa? "I tak...

Nowacka znowu szarżuje. Seksualizacja dzieci w szkołach od września obowiązkowa? „I tak poszliśmy na duże kompromisy”

-

- Reklama -

MEN sugeruje to, co od początku było oczywiste – seksualizacja dzieci w szkołach, zwana formalnie „edukacją zdrowotną” – będzie obowiązkowa. – Nie da się rozdzielić zdrowia fizycznego od psychicznego i seksualnego – twierdzą osoby, które stworzyły program „edukacji zdrowotnej”, tytułowani przez Radio ZET „ekspertami”.

Od 1 września seksualizacja dzieci w szkołach funkcjonuje jako przedmiot. Jest nieobowiązkowa, jednak aby dziecko nie było zmuszane do uczestniczenia w niej, rodzic wcześniej musi złożyć odpowiednią deklarację. Inaczej dziecko jest wpisywane na zajęcia.

- Reklama -

Początkowo seksualizacja dzieci miała być przymusowa. W wyniku jednak powszechnego społecznego sprzeciwu rząd zmienił zdanie.

„Według ministerialnych danych około 30 proc. uczniów mających w planach lekcji edukację zdrowotną zapisało się na nią” – podaje radiozet.pl, co jest dość naciąganą frazą, gdyż dziecko jest automatycznie zapisywane, jeśli rodzic nie złożył odpowiedniej deklaracji w tej sprawie, co nakazuje przypuszczać, że nieznana liczba dzieci jest zapisana przez nieuwagę.

- Prośba o wsparcie -

„Szefowa MEN Barbara Nowacka pytana nieraz o edukację zdrowotną nie zamykała tematu jej fakultatywności. Na początku lutego zasugerowała, że może się to zmienić” – czytamy.

Radio ZET przywołuje wywiad Nowackiej w Polsat News, w których minister mówiła, że jest „otwarta na różne rozwiązania”. Ma prowadzić rozmowy z rodzicami, nauczycielami, młodzieżą i „środowiskami medycznymi”.

– Wiemy, że potrzebny jest jakiś kompromis, ale to powinien być taki kompromis, w którym zyskują dzieci i zyskają potrzebną wiedzę – mówiła minister Nowacka na temat sprzeciwu, który według Radia ZET ograniczał się tylko do „środowisk prawicowych” i „katolickich”.

Według stacji też środowiska te „często nie znały programu” zajęć seksualizacji dzieci, nazywanej „edukacją zdrowotną”.

Według szefowej MEN, „kompromis” polegałby na przymusowym uczestnictwie w zajęciach, ale nie byłoby obowiązku udziału w zajęciach poświęconych „edukacji seksualnej”.

– Międzyresortowy zespół, którym kierowałem, i tak poszedł na duże kompromisy, układając propozycję podstawy programowej z edukacji zdrowotnej – przekonywał autor założeń tego przedmiotu prof. Zbigniew Izdebski, pedagog i seksuolog.

„Zespół układając propozycję treści omawianych na edukacji zdrowotnej ograniczył m.in. tematy dotyczące biologii, orientacji seksualnej i przemian obyczajowości seksualnej” – czytamy.

Izdebski twierdzi, że „wyłączenie zdrowia seksualnego z edukacji zdrowotnej rozumianej holistycznie jest zaprzeczeniem istoty zdrowia i medycyny opartej na dowodach naukowych”.

– Nie można oderwać zdrowia fizycznego od psychicznego, a psychicznego od seksualnego. To tak jakbyśmy powiedzieli uczniom: Wchodzicie do klasy, ale tylko ze swoim zdrowiem fizycznym, a waszą płciowość zostawiacie za drzwiami. To niemożliwe. To się wszystko łączy – przekonywał.

– Nie można koncentrować się tylko na medycynie naprawczej, nie można mówić tylko o leczeniu chorób. Medycyna bardzo mocno opiera się także na medycynie prewencyjnej i na wartościach. Niech więc odpowiedzą mi ci, którzy chcą ograniczyć wybrane tematy, jak mówić o profilaktyce przemocy seksualnej wobec dzieci, zanim nie pokaże się im pozytywnego wymiaru ludzkiej seksualności? – pytał.

Odpowiedź jest oczywista, ale zaraz lewactwo wyłoby o „homofobii”, a media społecznościowe ograniczyłyby nam zasięg.

Dalej przekonywał – sugerując przez to, że ludzie nie mają wiedzy o seksualności, a on sam uważa się za jakiegoś oświeconego w tej kwestii – że „kwestia edukacji seksualnej w naszym kraju była przez lata mocno zaniedbywania”.

– Młodzi ludzie w okresie adolescencji są ciekawi tego, co się dzieje z ich życiem, również w kontekście zdrowia seksualnego. Szukają odpowiedzi na przeróżne pytania i niestety – a dane są przerażające – często wtedy sięgają po pornografię – powiedział.

To akurat fakt, ale rozwiązaniem będzie wyłącznie dobra postawa rodziców. Szkoła nie zastąpi wychowania i przekazywania podstawowej wiedzy o świecie ani nie nauczy rozumienia. A na pewno nie forsowany przedmiot.

Dalej Izdebski powiedział, że „sprawa ta poza wymiarem zdrowotnym ma przede wszystkim charakter polityczny”, a wdrożenie zajęć tych do szkół jest „ogromnym sukcesem”.

– W końcu zrozumieliśmy, że edukacja zdrowotna jest czymś ważnym – kontynuował, choć ciężko ocenić, kogo konkretnie miał na myśli, używając pierwszej osoby liczby mnogiej.

Inna osoba z grona przygotowujących program, dr Aleksandra Lewandowska, konsultant krajowa w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży sądzi, że „najbardziej bolesne dla niej jest to, że grupa nastolatków, na której najbardziej jej zależało, czyli ta która ma małe szanse, żeby w środowiskach domowych dowiedzieć się ważnych rzeczy w kontekście zdrowia, nie chodzi na edukację zdrowotną”. Nie bierze pod uwagę, że rodzice jak i sama młodzież mogła nie chcieć tracić czasu na kolejny bezsensowny przedmiot, dodatkowo okraszony ideologią, do tego wybitnie obrzydliwą. Zapowiedziała przy tym znaną lewicy metodę „drobnych kroków”.

– Dlatego jeżeli miałaby wybierać, że stracę te 30 proc., które obecnie chodzi na edukację zdrowotną, ale zyskam 70 proc., czyli przedmiot stanie się obowiązkowy i wszyscy mieliby równe szanse uczyć się z rzetelnych źródeł o ważnych obszarach życia, to byłabym w stanie zgodzić się na taki kompromis. Licząc na to, że może za dwa, trzy lata – jak dorośli będą na to gotowi – metodą drobnych kroków uda nam się wprowadzić ponownie do przedmiotu również zdrowie seksualne jako element, który jest tak samo ważny jak pozostałe moduły – przyznała Lewandowska.

Barbara Nowacka zaznacza, że nie jest postanowione, by seksualizacja dzieci, formalnie zwana „edukacją zdrowotną”, była obowiązkowa. Decyzja ma zapaść do końca marca.

Seksualizacja dzieci prowadzona jest dla klas 4-8 po godzinie tygodniowo. W szkołach ponadpodstawowych młodzież ma dwie godziny tygodniowo. Co do zasady dziecko jest zapisywane na zajęcia, chyba, że rodzice w odpowiednim terminie złożą odpowiednią deklarację o rezygnacji z zajęć.

Za forsowany i niechciany przez społeczeństwo przedmiot oczywiście płacimy wszyscy z przymusowo odbieranych nam w podatkach pieniędzy.

Najnowsze