Strona głównaMagazynSentymenty – nie! Lewary – tak!

Sentymenty – nie! Lewary – tak!

-

- Reklama -

Niemal cztery dekady temu byłem współzałożycielem Ruchu Polityki Realnej. Główną rolę odgrywał tam oczywiście Janusz Korwin-Mikke. Umówiłem się z nim, że w nowej formacji będę zajmował się sprawami Polaków na dawnych Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej, czyli we wciąż wówczas istniejącym Związku Sowieckim.

Wtedy, ale też i później, mocno się w to angażowałem. Z inicjatywy śp. Tadeusza Goniewicza z Raciborza, wielkiego orędownika wspierania naszych Rodaków „na nieludzkiej ziemi” (by użyć tytułu książki Józefa Czapskiego), prenumerowałem czasopisma, które dostawali potem Polacy na Wileńszczyźnie, a także korespondowałem, już od czasów licealnych, z moimi rówieśnikami na obecnym terytorium Litwy.

- Reklama -

Potem wyjechałem do Londynu i nie uczestniczyłem w zakładaniu Unii Polityki Realnej. A jednak wiele źródeł wpisuje mi UPR do życiorysu, a za nimi powtarza to szereg zacnych ludzi, także stale pojawiających się na łamach „Najwyższego Czasu”. Trawestując: protestuję, ale nie nazbyt energicznie, bo przecież RPR był „matką” (czy ojcem) UPR-u. Teraz czas najwyższy (sic!), aby wrócić do „Polityki Realnej”, tyle że o niej pisząc. Tyle, gwoli wyjaśnienia, czemu jestem tu, gdzie jestem.

Polityka realna to obszar, który w Polsce niektórym źle się kojarzy ze względów historycznych, bo ci, którzy podnosili ten sztandar, odbierani byli jako „ugodowi”. Nie będę się jednak w tym miejscu przebierał w historyczne kostiumy i wskrzeszał czegoś, czego zmartwychwstanie w dawnej formie w dzisiejszych czasach nie ma nijakiego sensu. Będę pisał o polityce realnej, zwłaszcza w kontekście międzynarodowym, bo na tym się znam.

Skądinąd przestrzegam przed politykami, którzy przedstawiają siebie jako ci, którzy znają się na wszystkim. Często ci, którzy rzekomo znają się na wszystkim, w gruncie rzeczy nie znają się na niczym. Zresztą radzę uważać także na tych, którzy deklarują, że wszystkich kochają, wszystkich rozumieją i wszystkim współczują. Pamiętam gościa, który startował w pookrągłostołowych wyborach do Sejmu z hasłem „Rozumiem wszystkich”. Na szczęście mądry lud pogonił taniego demagoga.

Zamiast teoretyzować o Realpolitik na płaszczyźnie międzynarodowej, przejdę do konkretów. Oto realną politykę dziś, gdy chodzi o państwa członkowskie NATO, uprawia co najmniej pięć krajów: Turcja, Wielka Brytania, Niemcy, Francja i Węgry. Przywódcy tych państw: prezydent Recep Erdoğan, premier Jego Królewskiej Mości Keir Starmer, kanclerz Fryderyk Merz, prezydent Emanuel Macron oraz premier Wiktor Orban, spotykają się bowiem zarówno z prezydentem USA, jak i z prezydentem Chin. Słusznie uważają, że jedno nie wyklucza drugiego. Wręcz przeciwnie: tym mocniejszą pozycję ma się wobec Waszyngtonu, im bardziej pokazuje się Amerykanom dobre relacje z Pekinem. To zwykłe ABC.

Prezydent Donald Trump publicznie stwierdził, że klucz do rozwiązania sytuacji w Syrii ma w swoim ręku Ankara, co było de facto pobłogosławieniem polityki tureckiej wobec Damaszku. Skądinąd wywołało to bardzo niechętną reakcję Izraela. Trump odszedł od antytureckiej polityki prezydenta Józefa Bidena. Czy Erdogan z wdzięczności dla 47 prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki zamroził kontakty z Pekinem? Wręcz przeciwnie: spotkał się z chińskim prezydentem Xi we wrześniu tego roku. Nie przeszkadzał w tym miniszczycie Turcja–Chiny fakt, że oba kraje ostro rywalizują o wpływy w postsowieckiej Azji Środkowej.

Uprawiający realpolitik Donald Trump jakoś godzi ogień z wodą, czyli konsekwentne i wręcz totalne wsparcie dla Izraela z daniem wolnej ręki Turkom w Syrii. A jednocześnie tej samej Turcji wchodzi „w szkodę” w ich naturalnej historycznie strefie wpływów, jakimi są dawne azjatyckie republiki ZSRR. Mowa o spotkaniu Trumpa w Białym Domu z pięcioma reprezentantami krajów tego regionu: Uzbekistanem, Kazachstanem, Kirgistanem, Turkmenistanem i Tadżykistanem (z pierwszymi dwoma z nich zawarł umowy handlowo inwestycyjne w wysokości ponad 130 miliardów dolarów!).

W pierwszych dniach grudnia prezydent Macron złożył kolejną wizytę w Chinach. Poprzednia zaowocowała olbrzymimi zamówieniami importowymi Pekinu z Francji. Na początku stycznia z podobną wizytą – śladami Angeli Merkel i Olafa Scholza – do ChRL uda się kanclerz Merz. Okazało się, że odwołanie wizyty szefa niemieckiego MSZ-tu w Pekinie kilka tygodni temu było elementem negocjacji, a nie trwałym ukłonem wobec USA.

Trump wychwala pod niebiosa Orbana, ale to nie przeszkadza premierowi Węgier regularnie spotykać się z prezydentem Chińskiej Republiki Ludowej.

Natomiast jedną z pierwszych podróży zagranicznych szefa MSZ Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej był Pekin, choć to przecież Londyn jest „sojusznikiem numer jeden” USA w europejskiej części NATO. Nawet krytykowany przeze mnie za bezkrytyczny stosunek do Ukrainy były prezydent RP Andrzej Duda spotykał się szereg razy z prezydentem Chin, lewarując w ten sposób swoją pozycję w Waszyngtonie. Nic na razie nie wskazuje, aby jego linię w tej kwestii kontynuował obecny prezydent. Oby to się zmieniło. Bowiem w słowniku polityki zagranicznej pojęcie „sentymenty” nie istnieje, za to czasownik „lewarować” jak najbardziej…

Najnowsze