Koniec dopłat do samochodów elektrycznych w Polsce przyniósł efekt, który dla każdego znającego zasady wolnego rynku był łatwy do przewidzenia: ceny aut zaczęły spadać. Po raz kolejny okazało się, że państwowa interwencja w mechanizm rynkowy jest jedynie pudrowaniem rzeczywistości, za które ostatecznie płaci konsument.
Mechanizm jest stary jak świat i doskonale znany – chociażby z rynku nieruchomości. Gdy państwo ogłasza, że dorzuci kupującym kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych albo dopłaci do preferencyjnego kredytu, producenci i pośrednicy nie widzą w tym ulgi dla portfela klienta, lecz dodatkowy margines zysku. Cena zostaje sztucznie utrzymana na wysokim poziomie, bo „przecież dopłata i tak wyrówna różnicę”.
Teraz ten sam mechanizm obserwujemy w sytuacji, gdy skończył się program dopłat do elektryków pod nazwą „NaszEauto”. Sprzedawcy, odcięci od publicznej kroplówki, zostali zmuszeni do realnej walki o klienta.
Efekt? Magiczne obniżki, które niemal co do złotówki pokrywają się z dawnymi dotacjami. Jak przeanalizował Piotr Rodzik z zero.pl, chiński Leapmotor B10, całkiem solidny crossover o mocy 218 KM, nagle potaniał o 20 tysięcy złotych. Bez żadnych wniosków, formularzy i łaski urzędnika, auto można dziś wyjechać z salonu za niecałe 100 tysięcy złotych. Kolejny przykład? Cena modelu T03 zjechała o 15 tys. zł – teraz samochód ten można kupić za 69 900 zł.
Tanieją nie tylko chińskie auta elektryczne. Pod presją rynkowej rzeczywistości ugięła się nawet Tesla. Wybierając zewnętrzne finansowanie, nabywca Modelu Y może liczyć na upust rzędu 18 750 zł. To jasny sygnał: gdy znika państwowy stymulant, rynek wraca do korzeni, czyli do gry popytu i podaży.
Powyższe przykłady obnażają fundament każdej dotacji – one nigdy nie czynią produktu tańszym. One jedynie redystrybuują kapitał, przy okazji pompując bazową cenę towaru. Dopóki płynęły dopłaty, nikomu nie zależało na cięciu marż czy szukaniu oszczędności produkcyjnych, by zejść z ceny dla masowego odbiorcy.
Dziś, bez „pomocy” rządu, okazuje się, że elektryk za „stówkę” jest możliwy i opłacalny dla producenta. To najlepszy dowód na to, że najlepszą polityką gospodarczą jest pozwolenie rynkowi odetchnąć. Kiedy urzędnik przestaje trzymać portfel konsumenta, sprzedawca musi zacząć o niego dbać.
