Strona głównaWiadomościPolitykaPłaca minimalna lekarza wyniesie wkrótce 13 tys. zł, a z dodatkami 23...

Płaca minimalna lekarza wyniesie wkrótce 13 tys. zł, a z dodatkami 23 tys. zł. W tle groźba protestów

-

- Reklama -

Od 1 lipca wynagrodzenie minimalne lekarza i dentysty wyniesie prawie 13 tys. zł. Z dodatkami będzie to zaś ponad 23 tys. zł. Mimo tego możliwe są protesty medyków.

Z danych GUS wynika, że przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej w ubiegłym roku wynosiło wyniosło 8 903,56 zł. Jest to wzrost o 8,8 proc. w stosunku do ubiegłego roku. Od 1 lipca o tyle miałyby wzrosnąć wynagrodzenia medyków.

- Reklama -

Ustawa o minimalnym wynagrodzeniu w państwowych usługach medycznych wskazuje, że pensja minimalna lekarza i dentysty od 1 lipca wyniesie 12 910,16 zł brutto. Wynagrodzenie zasadnicze w tym przypadku to 56 proc. pensji.

„Wraz z dodatkami, czyli np. stażowym, dyżurami, byłoby to nieco ponad 23 000 zł brutto” – wyliczył na X Łukasz Kozłowski, Główny Ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, członek Rady Nadzorczej ZUS oraz Rady NFZ.

Takie postawienie sprawy oburzyło rezydenta onkologii klinicznej, Jakuba Kosikowskiego.

„Pisanie 'typowe dodatki’ o płacy za obowiązkowe 40h miesięcznie nadgodzin, to jest po prostu manipulacja. Też możesz zarabiając 10 tys. zł wziąć 3 nocki i sobie 'wyrobić typowe dodatki’. To jest propaganda na rzecz zmiany ustawy, a nie głos w dyskusji, jeśli tak stawiasz sprawę” – przekonywał na X Kosikowski.

Pielęgniarka z tytułem magistra oraz specjalizacją, farmaceuta i fizjoterapeuta będą zarabiać 11 485,59 zł brutto. Kozłowski podkreślił, że pielęgniarka przekroczy w takim przypadku II próg podatkowy we wrześniu.

„Minimalne wynagrodzenie pielęgniarki (ze specjalizacją i tytułem magistra) będzie 20 proc. wyższe niż minimalne wynagrodzenie profesora w uczelni publicznej” – napisał na X Michał Brzeziński, profesor na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego.

„Mechanizm popytu i podaży działa poprawnie. Jeśli akceptujemy go w innych sektorach, to w tym przypadku też nie ma żadnego problemu” – napisali analitycy mBanku w odpowiedzi, na co naukowiec zwrócił uwagę, że „popyt i podaż częściowo wyjaśniają te relacje, ale podaż w tych zawodach była i jest silnie kształtowana przez instytucje, regulacje i decyzje polityczne, więc dla mnie te czynniki mają pierwszeństwo”.

„To nie pewna grupa zawodowa, o której szczególnie dużo wpisów na X, zarabia za dużo. To naukowcy zarabiają za mało. Śmiesznie mało. Nie dajmy się spolaryzować i odwrócić uwagi od źródła (i winnych) tej sytuacji” – przekonywała z kolei prof. Aleksandra Obrępalska-Stęplowska, zarządca Zakładu Biologii Molekularnej i Biotechnologii IOR-PIB w Poznaniu.

Według rozporządzenia Ministra Nauki z 15 lutego 2024 r., wynagrodzenie podstawowe profesora na uczelni publicznej wynosi 9370 zł brutto.

„Jak podkreślali kilka miesięcy temu w portalu Money.pl prof. Paweł Strawiński z Uniwersytetu Warszawskiego i dr hab. Aleksandra Majchrowska, prof. Uniwersytetu Łódzkiego, 'zgodnie z danymi z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń mediana wynagrodzeń na stanowisku profesora w Polsce wyniosła w styczniu 2025 r. 10800 zł brutto, czyli 2,3-krotność płacy minimalnej’. Tymczasem Łukasz Kozłowski podkreśla, że 'całkowity koszt «ustawy podwyżkowej» dla publicznego systemu ochrony zdrowia w Polsce to już ok. 73 mld zł tylko w tym roku, co odpowiada prawie 30 proc. łącznych publicznych nakładów na zdrowie'”.

Jednocześnie na pokrycie kosztów realizacji NFZ brakuje około 23 mld zł wobec zapewnionych środków. Rozważano już w ramach oszczędności wprowadzenie limitów na leczenie zaćmy, diagnostykę obrazową oraz ambulatoryjną opiekę specjalistyczną. Rząd planuje też nowelizację ustawy o waloryzacji zarobków w usłudze medycznej. Polegałoby to na zamrożeniu podwyżek teraz i przeniesieniu waloryzacji na styczeń przyszłego roku. Obniżono by też dynamikę wzrostów.

„Rynek Zdrowia” wskazuje, że podwyżki wynikałyby nie z przeciętnego wynagrodzenia, tylko powiązane byłyby ze sferą budżetową. Wynosiłyby więc około 3 proc.. Medycy rzecz jasna takiego obrotu spraw nie chcą i grożą protestami.

– Wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw generalnie powinny być rynkowe, czyli wyznaczane wydajnością pracy danego pracownika. A w praktyce w Polsce tak nie do końca jest. Dlatego, że płaca minimalna dotyczy w naszym kraju ponad 3 mln ludzi. Biorąc pod uwagę, że na etacie według oceny skutków regulacji pracuje około 14 mln osób, to by oznaczało, że co czwarty pracujący Polak nie jest wynagradzany w zależności od wydajności swojej pracy, tylko w oparciu o decyzję polityczną – powiedział portalowi next.gazeta.pl Kamil Sobolewski, Główny Ekonomista Pracodawców RP.

Dodał, że warto zadać pytanie, „gdzie kończy się w Polsce gospodarka rynkowa, a zaczyna się gospodarka centralnie sterowana i czy 25 proc. rynku ustalanego przez państwo, to dalej jest wolny rynek”. Zaznaczył, że w sektorze publicznym „bardzo trudno o benchmark wydajności pracy, a nawet gdy spróbujemy go stworzyć, to on będzie bardzo subiektywny, np.: co z tego, że urzędnik załatwia 20 proc. wniosków, jeśli cały proces obsługi tych wniosków może być zbędny”.

– Dyskusja o wynagrodzeniach w sektorze publicznym ma dwa główne wątki. Jeden to jaki powinien być średni poziom wynagrodzeń, a drugi to w jakiej wysokości powinny być te wynagrodzenia. To, co umyka w debacie publicznej, to że istnieje ścisły związek pomiędzy tymi dwoma kategoriami. Albo dzielimy zadania na więcej osób i tolerujemy niskie wynagrodzenia, albo koncentrujemy zadania u osób, które są w stanie zrobić je w bardziej wydajny sposób i wtedy możemy płacić dużo. W Polsce raczej wygrywa model ekstensywnego zatrudnienia, czyli zatrudniamy wiele osób – płacimy im nisko i nie wymagamy jakiejś niesamowitej wydajności – ocenił Sobolewski.

Postuluje też określenie „funduszu płac w sektorze publicznym”.

– Dyskusje o wzroście powinny dotyczyć nie wynagrodzeń, tylko właśnie funduszu płac, czyli całego garnka, z którego będziemy płacić. Dysponenci poszczególnych budżetów powinni mieć swobodę w rozdziale tego, czy mają więcej pracowników i płacą nisko, czy mają mniej pracowników, oni są bardziej wydajni i płacą im więcej. I powinni mieć swobodę, jak różnicować wynagrodzenia pracowników administracji publicznej w zależności od ich wydajności i przydatności – mówił Kamil Sobolewski.

– Jak już określimy ten fundusz płac dla administracji publicznej, to warto sobie zadać też pytanie, czy wszystkie zadania, które administracja publiczna dzisiaj realizuje, są niezbędne – podsumował.

Najnowsze