Strona głównaGŁÓWNYSzpiegowskie sito. Dramatyczne braki w polskiej ochronie kontrwywiadowczej

Szpiegowskie sito. Dramatyczne braki w polskiej ochronie kontrwywiadowczej

-

- Reklama -

Po tym, gdy prokuratura oskarżyła o dywersję czterech Ukraińców i Rosjanina, zatrzymano pracownika Ministerstwa Obrony Narodowej podejrzewanego o szpiegostwo. Kulisy jego sprawy pokazują dramatyczne braki w ochronie kontrwywiadowczej najważniejszych polskich instytucji.

Zatrzymanie 60-letniego urzędnika MON może przejść do historii jako doskonały przykład tzw. „PR-u kryzysowego”. Gdy media ujawniły, że Żandarmeria Wojskowa wyprowadziła w kajdankach pracownika resortu obrony, rozpoczęło się przedstawianie całej sytuacji w barwach sukcesu. Rzecznik koordynatora specsłużb Jacek Dobrzyński ujawnił, że zatrzymany szpieg był obserwowany od dłuższego czasu przez Służbę Kontrwywiadu Wojskowego, która zdobyła „miażdżące” dowody jego zdrady.

- Reklama -

Prokuratura poinformowała, że śledztwo przeprowadzono sprawnie, ale z uwagi na jego tajny charakter nie może ujawnić szczegółów sprawy ani nawet tego, czy podejrzany przyznał się do winy. Grający rolę profesjonalisty Dobrzyński stwierdził nawet, że oszczędność w przekazywaniu informacji wynika z tego, że obce służby chciałyby wiedzieć, jakimi informacjami dysponują polskie organy ścigania. Cała zaś sprawa była wynikiem dobrej i profesjonalnej pracy kontrwywiadu, który zatrzymał groźnego szpiega.

W oficjalnych komunikatach próbowano również umniejszać rolę szpiega, informując, że był „pracownikiem średniego szczebla”, w dodatku cywilnym, a nie oficerem. PR – typowy dla rządu Tuska – nie może jednak zmienić faktów. A te są niepokojące.

Bajki dla dorosłych

Oficjalna wersja zdarzeń brzmi jak ponury żart. Oto pracownik MON z prawie 30-letnim stażem miał wyjechać na Białoruś i tam rozmawiać z przedstawicielami KGB. Pech chciał, że Polska zamknęła granice, więc nie mógł wrócić do Polski. Wysłał więc informację do przełożonych z MON, że się spóźni i w ten sposób uświadomił im, że wyjechał za wschodnią granicę. Wtedy zajął się nim kontrwywiad i rozpracował jego szpiegowską działalność.

Ta wersja jest wyjątkowo niewiarygodna. Gdyby urzędnik rzeczywiście miał być tak cennym szpiegiem, białoruskie służby nigdy nie chciałyby, aby przybywał do ich kraju. Każdy, kto przekracza polsko-białoruską granicę w Terespolu, odnotowuje się przecież w systemach Straży Granicznej. Te dane trafiają potem do służb, a specjalne algorytmy porównują zapisane dane z danymi urzędników państwowych – ma to na celu zidentyfikowanie tych, którzy podróżują na Białoruś. Urzędnik byłby przecież samobójcą, gdyby w taki sposób postępował. Co więcej: gdyby faktycznie był tak cennym szpiegiem, KGB nigdy nie zapraszałoby go na spotkania w swoim kraju. Z tych spotkań miałby przecież pieczątki w paszporcie i historię logowania telefonu (a to musiałoby ściągnąć procedury kontrwywiadowcze). Gdyby więc zatrzymany był takim cennym agentem, KGB spotykałoby się z nim w kraju trzecim (np. w Turcji), aby odebrać przekazywane informacje i wyznaczyć kolejne zadania. Jeśli więc historia o wpadce z powodu niemożności przekroczenia granicy jest prawdziwa – mielibyśmy do czynienia z kompletnym dyletantem i jedyny sposób, by to logicznie wytłumaczyć, jest taki, że KGB przeznaczyło urzędnika MON do „spalenia”, tzn. do wpadki po to, aby zaprzątał uwagę polskiego kontrwywiadu i odciągał go od faktycznych, poważnych agentów.

Nawet jeśli przyjąć, że opowiadania o pechowej podróży na Białoruś są prawdą, to pokazują potworny paraliż kontrwywiadowczy w strukturach polskiego państwa. Każdy urzędnik państwowy, mający dostęp do informacji niejawnych (a już wiadomo, że zatrzymany taki certyfikat miał), podlega specjalnym rygorom bezpieczeństwa. Swobodnie może podróżować po krajach Schengen, wyjazd poza tę strefę wymaga poinformowania przełożonych, a wyjazd do kraju uznawanego za „wrogi”, wymaga uzyskania specjalnej, jednorazowej zgody. Bohater afery musiałby więc poprosić o zgodę na wyjazd na Białoruś, zaś taka prośba zostaje złożona, bez względu na jej rezultat (jest zgoda, czy nie) fakt ten odnotowuje się w dokumentacji i wszczyna się specjalną procedurę wyjaśniającą cel takiego wyjazdu.

Co więcej: po powrocie z takiego kraju, urzędnik wzywany jest do kolejnych wyjaśnień – musi wyspowiadać się z okoliczności pobytu i wyjaśnić, czy próbowały z nim nawiązać kontakt obce tajne służby. W wypadku wątpliwości pytania są zadawane na wykrywaczu kłamstw. To właśnie po to, aby uniknąć narażania agenta na takie nieprzyjemności, wywiad państwa „wrogiego” proponuje spotkania w innym państwie (dla wschodnich służb popularnymi kierunkami są Turcja lub Albania). Czy urzędnik MON znał te procedury? Musiał je znać, skoro otrzymał certyfikat bezpieczeństwa. Dlaczego więc je zlekceważył? Może to świadczyć o tym, że liczył, że nie wpadnie. A to by pokazywało, że sam oceniał system ochrony kontrwywiadowczej jako fatalny.

Niewygodne pytanie

Drugie pytanie brzmi: jak długo wspomniany urzędnik pracował dla białoruskich służb? Przedstawiciele państwa potwierdzają, że w MON pracował od lat 90., a więc około 30 lat. W którym momencie miał zacząć współpracę z KGB? Czy stało się to niedawno, czy już wcześniej? Gdyby się okazało, że już w latach 90. przekazywał tajne dane wschodnim służbom – byłaby to gigantyczna wpadka wojskowego kontrwywiadu, który przez tyle lat nie zauważył „kreciej” roboty ważnego pracownika ważnego resortu. Jeśli współpracę nawiązał niedawno, to dlaczego się na to zdecydował mimo świadomości procedur bezpieczeństwa?

Jest też trzecia wątpliwość – dlaczego został zatrzymany i trafił za kratki (w czwartek 5 lutego sąd aresztował go na trzy miesiące). Wbrew pozorom wykrycie i zatrzymanie szpiega obcej służby nie jest sukcesem. Sukcesem jest jego zidentyfikowanie i… odwrócenie. To ostatnie polega na tym, że szpieg zaczyna pracować dla państwa, przeciwko któremu dotychczas działał. Dzieje się to albo wskutek szantażu (szpieg zostaje poinformowany, że jego działalność jest znana i ma do wyboru: albo iść siedzieć, albo pracować dla nowego państwa), albo profesjonalnej dezinformacji: szpieg nie wie, że został zdekonspirowany, ale przekazuje mu się odpowiednio spreparowane materiały, aby wprowadzić w błąd przeciwnika. Zatrzymanie to po części przyznanie się do porażki. Po pierwsze dlatego, że służba traci możliwość dezinformowania przeciwnika (a udana dezinformacja to wielki sukces). Po drugie: obca służba dowiaduje się, że straciła cennego informatora.

Wielka fikcja

Jeśli zatrzymany urzędnik faktycznie szpiegował dla Białorusi, to jego casus pokazuje kompletny paraliż systemów bezpieczeństwa państwa.

Po pierwsze: przez cały okres swojej działalności umiejętnie unikał procedur kontrwywiadowczych, w tym badania z udziałem wykrywacza kłamstw. To oznacza, że albo procedury były prowadzone wadliwie, albo wcale. Jeśli potwierdzi się wersja, że pracował dla Białorusinów od końca lat 90., to będzie to oznaczać, że tych procedur umiejętnie unikał aż trzy dekady. Byłaby to nieprawdopodobna kompromitacja.

Po drugie: nie przeprowadzono w MON działań, które w profesjonalnych służbach określa się jako „wygaszanie”. Polegają one na tym, aby zdezaktualizować wszystkie informacje, które szpieg przekazywał lub mógł przekazać obcym służbom. Dzieje się to na dwóch płaszczyznach: kadrowej i merytorycznej. Zatrzymany znał wszystkich pracowników swojego departamentu i mógł informować obcy wywiad również o nich. Takie wiadomości, kto w MON czym się zajmuje, gdzie mieszka, jakie ma problemy osobiste itp. – są dla każdego wywiadu bardzo cenne. Profesjonalna procedura bezpieczeństwa wymaga więc tego, aby odsunąć od pracy i stanowisk wszystkie osoby, z którymi zatrzymany miał służbowy kontakt. Po drugie: zmienić należy wszelkie plany operacyjne, w których przygotowywaniu brał udział. Zmienić należy również wszelkie procedury, które obowiązują w MON, a które on znał i mógł ujawnić obcym służbom. Problem tylko w tym, że takie działania oznaczałyby Armageddon, bo resort musiałby zostać poddany prawdziwej rewolucji.

Pytanie, które sobie zadaje polski patriota, brzmi: jak uniknąć takich sytuacji w przyszłości. Ktoś, kto decyduje się na współpracę z obcymi służbami specjalnymi, najczęściej robi to dla pieniędzy. Źle zarabiający pracownicy MON są wręcz wymarzonym materiałem do werbunku. To woła o drastyczne zwiększenie ich pensji. Ale nie tylko. Praca dla obcego wywiadu to zdrada swojego kraju, a więc nie tylko przestępstwo, lecz również uczynek obrzydliwy moralnie. To z kolei prowadzi do wniosku, że zmienić należy procedury kadrowe, aby do służby państwowej przyjmować patriotów z silnym kręgosłupem moralnym i w ten sposób zmniejszać ryzyko podatności na werbunek. Wreszcie po trzecie procedury kontrwywiadowcze. Każdy, kto decyduje się na pracę w administracji państwowej, zwłaszcza jeśli wiąże się ona z dostępem do informacji tajnych, musi być regularnie (standardem w profesjonalnych służbach jest to raz na sześć miesięcy) poddawany kontroli, także z użyciem wykrywacza kłamstw. Do tego polski kontrwywiad musi w końcu na poważnie prześwietlać osoby przyjeżdżające z krajów nieprzyjaznych, choćby weryfikując ich na granicy i odsyłając tych, którzy sprawiają wrażenie, że przyjechali szpiegować.

Najnowsze