Strona głównaMagazynOd nędzy do pieniędzy, czyli o tym, jak Irlandia stała się bogata

Od nędzy do pieniędzy, czyli o tym, jak Irlandia stała się bogata

-

- Reklama -

Obecnie Irlandia znajduje się obok Luksemburga i Singapuru w pierwszej trójce państw o najwyższym PKB per capita na świecie. Z czego wynika ów bezprecedensowy sukces tego jeszcze do niedawna biednego, rolniczego kraju? By odpowiedzieć na to pytanie, sięgnijmy do najnowszej historii Zielonej Wyspy. Otóż do lat 60. XX wieku Dublin prowadził politykę protekcjonizmu i autarkii. Pierwszym krokiem w kierunku wyjścia z tej izolacji było otwarcie Irlandii na inwestycje zagraniczne.

Kolejnym stanowiło przystąpienie tego kraju w 1973 roku do EWG. Pozwoliło to Zielonej Wyspie na korzystanie z dostępu do europejskiego rynku. Oprócz wspomnianych wyżej stymulantów wzrostu dodatni wpływ na gospodarkę Irlandii mają też dwa inne czynniki. Pierwszy to kulturowe więzi i poczucie wspólnoty językowej z USA. Drugi to duża stabilność polityczna tego kraju. Rządzą w nim bowiem od niemal stu lat na przemian lub w koalicji dwie centroprawicowe partie: Fianna Fail i Fine Gael. Na odrębne omówienie zasługuje jeszcze jeden z impulsów rozwojowych Dublina. Jest nim tzw. Ekonomia Leprechauna.

- Reklama -

Co oznacza ten termin? To określenie ukute przez amerykańskiego noblistę z ekonomii Paula Krugmana (Leprechaun to skrzat z celtyckich mitów znany z psot i umiejętności oszukiwania ludzi) i oznaczające użycie pewnego tricku fiskalnego.

Na czym on polega? Otóż począwszy od lat 80. XX wieku Zielona Wyspa stała się rajem podatkowym. Obowiązujące w jego ramach przepisy były w kolejnych latach ulepszane. Zyskały one nawet w ekonomicznej nomenklaturze termin: „Erozja bazy (podatkowej) i transfer zysków” (ang. Base Erosion Profit Shifting).

Ten BESF to mówiąc najprościej ulgi inwestycyjne. Otóż po ich wprowadzeniu stopa CIT obowiązująca w Irlandii z poziomu 12,5 proc. spadła do okolic zera (dotyczyło to zniżek inwestycyjnych na wartości niematerialne i prawne). Zachęciło to wiele firm zagranicznych, takich jak Amazon, Apple, Facebook, Meta, Microsoft, Intel, Dell czy Paypal do zakładania na Zielonej Wyspie swoich europejskich siedzib. Do nich przenosiły one swoje aktywa oraz zyski i tym samym ograniczały należności podatkowe w innych krajach.

Kolejnym krokiem był transfer tych środków via Dublin do swoich macierzystych krajów, czyli najczęściej do USA. Proceder ten przyczynił się w decydującym stopniu do zawyżenia PKB Irlandii, a jego zmiany są w dużej mierze niezależne od sytuacji gospodarczej tego państwa. Chcąc dowieść tej tezy, porównajmy ze sobą dwa wskaźniki: PKB per capita i rzeczywistą konsumpcję indywidualną na mieszkańca (AIC). Pierwszy z tych parametrów wynosi w przypadku Dublina 212 proc. średniej UE.

Wyższy wynik we wspólnocie ma tylko Luksemburg. Tę hierarchię znacząco zmienia drugi z mierników, czyli wspomniany AIC. Wg niego Irlandia plasuje się poniżej średniej UE z wynikiem 99 proc. Lepsze rezultaty ma od niej aż 10 krajów (przytoczone powyżej statystyki dotyczą roku 2023). Te dane w niczym jednak nie podważają faktu, iż Zielona Wyspa w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat dokonała ogromnego skoku ku zamożności. Wystarczy wspomnieć, że wchodząc do wspomnianej wspólnoty europejskiej Dublin w zakresie PKB legitymował się wynikiem wynoszącym 60 proc. średniej EWG.

Niektórzy z publicystów stawiają Irlandię jako wzorzec liberalizmu gospodarczego. Czy rzeczywiście tak jest? Wprawdzie w światowym rankingu wolności gospodarczych kraj ten plasuje się na 3 miejscu, wydaje też najmniej w UE na opiekę socjalną (12 proc. PKB), to jednak podatki (za wyjątkiem wspomnianego CIT) są na Zielonej Wyspie dosyć wysokie: PIT-20 proc. i 40 proc., VAT-23proc. Zresztą wg indeksu konkurencyjności podatkowej obejmującym 38 państw OECD Dublin zajmuje dopiero 31 pozycję. Jak wspomnieliśmy wcześniej, fundamentalne znaczenie dla sytuacji gospodarczej Zielonej Wyspy mają jej relacje z USA. Te jednak zaczęły się ostatnio psuć.

Dlaczego? Otóż jak wiadomo, Donald Trump po ponownym przejęciu władzy kontynuował program określany sloganem „America First”. Jego częścią są 15 procentowe cła. W sierpniu br. objęto nimi UE, w tym także Irlandię. Decyzja ta natychmiast przełożyła się na spadek eksportu ,,celtyckiego tygrysa”we wspomnianym miesiącu o 6,7 proc. Analitycy irlandzkiego Instytutu Badań Gospodarczych (ESRI) wyliczyli, że w okresie 5–7 lat ekonomika tego kraju może stracić na skutek ogłoszonej przez Trumpa wojny handlowej – 3,7 proc. PKB. Wróćmy jednak do celów stawianych sobie przez administrację USA. Otóż zdaniem jej lidera te gospodarcze restrykcje powinny doprowadzić do powrotu amerykańskiego przemysłu do ojczyzny, redukcji deficytu handlowego i podniesienia dochodów skarbu państwa. W 2024 roku Stany Zjednoczone miały ujemne saldo handlowe z Dublinem wynoszące 86,8 mld USD. To więcej niż z Niemcami, Japonią czy Kanadą.

Howard Lutnick, sekretarz handlu USA nazwał Irlandię „ulubionym oszustwem podatkowym” i zarzucił jej przyciąganie amerykańskich firm niskimi podatkami. Efektem tych działań było – jak wspomnieliśmy wyżej – nie tylko wysokie tempo wzrostu gospodarczego Dublina, ale także osiągnięcie nadwyżki w budżecie.

Pozwoliło to temu krajowi na obniżenie długu publicznego z poziomu 101 proc. do 42 proc. Co ciekawe, dokonało się to w stosunkowo krótkim okresie – 10 lat (2014–2024). Dodajmy, iż tę redukcję udało się przeprowadzić min. dzięki rzeczonym koncernom amerykańskim, które są głównymi płatnikami podatku CIT na Zielonej Wyspie. Z faktem tym wiążą się jednak nie tylko korzyści, ale także duże ryzyko. Dlaczego? Jeśli bowiem doszłoby do powrotu tych korporacji za Wielką Wodę, co wobec protekcjonistycznej polityki administracji amerykańskiej jest jak najbardziej możliwym scenariuszem, wówczas Irlandię czekałby trudny do wyobrażenia krach gospodarczy z masowym bezrobociem włącznie.

Trwającej od lat 90. w tym kraju hossie gospodarczej towarzyszy rekordowa imigracja. Chcąc unaocznić ten problem, nadmieńmy, że w roku 2003 na Zielonej Wyspie mieszkało 5,8 proc. obcokrajowców. W 21 lat później było ich już 22 proc. Zjawisko to przybrało na sile zwłaszcza w ostatnich trzech latach, kiedy to zasiedliło ten kraj 410 tys. cudzoziemców. Stanowi to aż 8 proc. całej populacji Irlandii.

Ten masowy napływ imigrantów rodzi ze sobą wiele problemów. Największym z nich jest niedobór mieszkań. Przejawia się on min. w drastycznym wzroście ich cen oraz czynszów na wynajem. Dublin ma też jeden z najniższych wskaźników powierzchni mieszkaniowej na osobę w Europie. Innym skutkiem wspomnianego kryzysu jest też zwiększająca się bezdomnych, których liczba sięga aktualnie 16 tys. osób.

Wysoka liczba imigrantów zasiedlających Zieloną Wyspę wywołuje podobnie jak w całej Europie coraz większe niezadowolenie społeczeństwa irlandzkiego. W różnych częściach tego kraju dochodzi więc do masowych protestów ulicznych, blokowania zakwaterowania przybyszów, a nawet podpaleń zamieszkanych przez nich budynków. Frustrację obywateli pogłębia też brak sprawczości ze strony rządu w tej sprawie.

Wróćmy jeszcze do kwestii relacji amerykańsko-irlandzkich. Otóż sprawy dotyczące wymiany handlowej to niejedyna kość niezgody między tymi państwami. Waszyngtonowi nie podoba się bowiem propalestyńska i antyizraelska postawa polityków z Zielonej Wyspy. Przypomnijmy. W grudniu 2023 roku rząd RPA wniósł skargę przeciwko Państwu Żydowskiemu do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze, stwierdzając w niej m.in.: „Działania Izraela mają charakter ludobójstwa, bo ich celem jest zniszczenie znacznej części palestyńskiej grupy narodowej, rasowej i etnicznej”. Jednym z kilku państw europejskich, które poparły ten dokument była Irlandia.

Co więcej, w parlamencie tego kraju rozpoczęto prace nad ustawą zakazującą importu z izraelskich osiedli na okupowanym terytorium Palestyny. W odpowiedzi na ten projekt grupa szesnastu członków kongresu USA zagroziła Dublinowi, iż w przypadku gdyby doszło do jego uchwalenia, wówczas na amerykańskie firmy prowadzące swoje interesy na Zielonej Wyspie nałożone zostaną kary finansowe. Do połajanek wobec Eire przyłączył się też senator Jim Risch z Idaho, który na platformie X napisał: „Irlandia, choć jest cennym partnerem USA, podąża ścieżką nienawiści i antysemityzmu, która doprowadzi jedynie do samosprowokowanego cierpienia gospodarczego”. Te pogróżki przedstawicieli amerykańskiego establishmentu nie wpłynęły mitygująco na władze Zielonej Wyspy. Dowodem na to są wypowiedzi nowo wybranej prezydent Republiki Irlandii, lewicowej pacyfistki Catherine Connolly. Otóż potępia ona np. Izrael za prowadzenie wojny w Strefie Gazy, solidaryzując się z prześladowanymi Palestyńczykami.

Ponadto mimo krytycznej opinii o Hamasie jako organizacji terrorystycznej, uważa, że ugrupowanie to powinno móc dalej prowadzić swoją polityczną działalność. Przy okazji tej sprawy oberwało się też USA. Connolly uznała ten kraj za mocarstwo imperialne i odpowiedzialne za sfinansowanie ludobójstwa w Gazie. Co więcej, prezydent Zielonej Wyspy nie oszczędza również UE, podnosząc jej postępującą militaryzację. Natomiast w planach Niemiec dotyczących zwiększenia wydatków na zbrojenia dopatruje się analogii z lat 30. XX wieku. Dodajmy, że Irlandia nie należy do żadnego paktu militarnego i nie zamierza do niego wstępować w przyszłości. Co ciekawe na wydatki związane z obroną wydaje 0.2–0,3 proc. PKB. Tak niskie inwestycje w tę dziedzinę skutkują bardzo słabą ochroną granic. Marynarka tego kraju posiada jedynie sześć okrętów patrolowych, a jego przestrzeń powietrzną osłania lotnictwo brytyjskie.

Ten niefrasobliwy stosunek przywódców irlandzkich do spraw bezpieczeństwa i uprawiane przez nich moralizatorstwo coraz bardziej irytują nie tylko Wielkiego Brata zza oceanu, ale i partnerów z UE. Czy zatem Dublinowi uda się – mimo tych trudnych okoliczności – utrzymać wysoką dynamikę wzrostu gospodarczego i neutralność wojskową? Czas pokaże.

Najnowsze