Strona głównaMagazynJak Trump staje się podobny do władzy radzieckiej pod jednym względem

Jak Trump staje się podobny do władzy radzieckiej pod jednym względem

-

- Reklama -

Nie wiem, czy prezydent Stanów Zjednoczonych – Naszego Najważniejszego Sojusznika – byłby z tego zadowolony – ale nie da się ukryć, że pod pewnymi względami staje się on podobny do władzy radzieckiej. Właściwie to nawet nie „pod pewnymi względami”, tylko pod jednym względem. Jak bowiem zauważył Aleksander Sołżenicyn – „z władzą radziecką nie będziesz się nudził”. Podobnie jest z prezydentem Donaldem Trumpem. Z nim nudzić się też niepodobna – o czym możemy przekonać się co najmniej od miesiąca.

Weźmy taką Wenezuelę. Od dłuższego czasu wokół tego państwa gromadziły się czarne chmury, a chmur tych przybywało w miarę, jak wokół Wenezueli koncentrowały się amerykańskie wojska zarówno lądowe, jak i powietrzne czy morskie. Donald Trump zresztą wcale tego nie ukrywał, przeciwnie – podkreślał z naciskiem, że zamierza z tą całą Wenezuelą zrobić porządek – ale najwyraźniej nikt mu chyba nie wierzył. Aż tu nagle, kiedy nikt niczego się nie spodziewał, tamtejszy prezydent Mikołaj Maduro został porwany z własnej sypialni razem z żoną, o której fałszywe pogłoski utrzymywały, iż w momencie uprowadzania przez amerykańskich komandosów była jeszcze z rozkoszy nieprzytomna i zaczęła przychodzić do siebie dopiero na pokładzie samolotu, który „z szybkością płomienia” – jak powiedzieliby Chińczycy – wiózł ją do aresztu wydobywczego w Nowym Jorku.

- Reklama -

I kiedy „eksperci” jazgotali, że Stany Zjednoczone „złamały prawo” międzynarodowe, okazało się, że prezydent Trump jakoś dogadał się z reżymem wenezuelskim, o czym świadczyła nie tylko wizyta pani Mari Machado, która prezydentowi Trumpowi podarowała medal Pokojowej Nagrody Nobla, ale też wenezuelskiej prezydentessy, która najwyraźniej nastawiła się Stanom Zjednoczonym lepiej od noblistki, bo prezydent Trump właśnie z nią będzie teraz robił interesy na sprzedaży wenezuelskiej ropy. Fałszywe pogłoski utrzymują, że za pośrednictwem Kataru, który ropę tę będzie sprzedawał, a zyskami dzielił się z prezydentem Trumpem po bratersku, on zaś z kolei okruchami ze stołu pańskiego będzie zalepiał otwory gębowe wenezuelskim reżymowcom. W sytuacji gdy najwyraźniej zostało to przyklepane w imieniu wenezuelskiego reżymu przez tamtejszą prezydentessę, więc dzisiaj już żadna Schwein o żadnym złamanym „prawie międzynarodowym” nie wspomina. Czegóż chcieć więcej?

A tymczasem, kiedy ważyły się losy Wenezueli, na Florydzie lądował samolot z premierem rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniaminem Netanjahu. Najwyraźniej musiał on przekonać prezydenta Donalda Trumpa do zmiażdżenia złowrogiego irańskiego reżymu tym łatwiej, że już w przeddzień rozpoczęła się tam antyreżymowa rewolucja. I kiedy wszystko rozwijało się pomyślnie, do tego stopnia że wyciągnięty został z naftaliny „następca tronu”, który zapowiedział swoje przybycie, wystąpiły komplikacje. Oto złowrogi reżym irański powyłączał telefony i Internet, w związku z czym nie było innego wyjścia, jak namówić Elona Muska, by uruchomił „Starlinki” – bo w przypadku rewolucji łączność z centralą jest najważniejsza. Aliści – według krążących po Waszyngtonie fałszywych pogłosek, o których zameldował mi mój tamtejszy Honorable Correspondant, kontrwywiad irański namierzył korzystających z tej łączności agentów Mosadu i CIA, których reżym zaczął wyaresztowywać.

W tej sytuacji nie było innej rady, jak odwołać rewolucję, dzięki czemu prezydent Trump będzie mógł do zakończonych ośmiu wojen dodać dziewiątą, której nie tyle nie „zakończył”, co raczej jej zapobiegł. Na jak długo – aaa – to zależy od strat, jakie poniosły obie zainteresowane agentury – ale jasne jest, że ich odbudowa będzie musiała trochę potrwać. Ma się rozumieć, że rewolucja, która już nabierała rumieńców, zakończyła się jakby ręką odjął, a „następca tronu” znowu powędrował do naftaliny – aż do następnego razu. Teraz w Iranie trwa – jak to nazwał Kurt Vonnegut w „Rzeźni numer pięć”, „przeczesywanie terenu”, które można by porównać do gry miłosnej po orgazmie zwycięstwa, gdyby nie to, że ofiary są prawdziwe. Ale to przewidział już szkocki poeta Robert Burns, kiedy pisał, że „zwycięskich buntów nie ma, nigdy ich nie widziano, bo jeśli bunt zwycięży, przybiera inne miano”. Tak czy owak, póki sytuacja się nie wyjaśniła dzięki „dyplomacji Zatoki Perskiej”, która przekonała prezydenta Trumpa, by z Iranem na razie dał sobie spokój, to emocji było co niemiara, a eksperci kreślili coraz to nowe scenariusze. Czegóż chcieć więcej?

Tymczasem, gdy jeszcze nie ochłonęliśmy po emocjach związanych ze złowrogim Iranem, z inicjatywy prezydenta Donalda Trumpa pojawiła się – jakby to powiedział Kukuniek – „koncepcja” Rady Pokoju, której celem ma być zaprowadzenie porządku z Strefie Gazy. Na czym to ma polegać, tego jeszcze nie wiemy, ale w odpowiedniej chwili zostanie nam to objawione. Na razie wiemy, że prezydent Trump zaprosił do niej około 60 osobistości, wśród nich – prezydenta Putina i prezydenta Łukaszenkę. Wspominam o nich również dlatego, że zaproszony został również węgierski premier Wiktor Orban i pan prezydent Karol Nawrocki, który niedawno zabawiał się w mocarstwowość z panią Swietłaną Cichanouską – teraz miałby kolegować z Aleksandrem Łukaszenką w Radzie Pokoju. Dla węgierskiego premiera Wiktora Orbana to żaden problem, ale pan prezydent najwyraźniej musi przeżywać jakiś dysonans poznawczy, bo podobno „konsultował się” z obywatelem Tuskiem Donaldem, który do Rady Pokoju w ogóle nie został zaproszony. W tej sytuacji jest prawie pewne, że obywatel Tusk Donald będzie panu prezydentowi Nawrockiemu odradzał przystąpienie do Rady Pokoju – jak to pies ogrodnika, co to sam nie zje i nikomu nie da.

Nawiasem mówiąc, z „koncepcji” Rady Pokoju wynika, że ma ona być rodzajem prestiżowej posady dla Donalda Trumpa, kiedy już przestanie być prezydentem Stanów Zjednoczonych. Ma on bowiem dożywotnio tej Radzie przewodniczyć i mieć tam ostatnie słowo, tak że bez niego nie będzie mogła ona niczego postanowić. Jeśli pomysł wypali, to byłby to majstersztyk, zwłaszcza na tle usiłowań nieudolnych, przedsiębranych przez Aleksandra Kwaśniewskiego czy Andrzeja Dudę, którzy nawet sobie nic nie potrafili załatwić, nie mówiąc już o naszym nieszczęśliwym kraju. Zatem – czegóż chcieć więcej?

Ale to jeszcze nic w porównaniu z podchodami Donalda Trumpa pod Grenlandię. Najwyraźniej zamierza on przejść do historii jako jeden z tych nielicznych prezydentów USA, którzy powiększyli terytorium państwowe. Czy mu się to uda – tu musimy zastosować metodę uczonych radzieckich, co to wynaleźli sposób przewidywania przyszłości: wystarczy trochę poczekać. Ale już na tym etapie widać, że Donald Trump zdołał osiągnąć kilka celów: testuje europejskich sojuszników, którzy zaczęli mu podskakiwać w sprawie Ukrainy, zaognił „stosunki transatlantyckie”, wskutek czego brukselski gang musi się zreflektować, no i zepchnął wojnę na Ukrainie na tak daleki plan, że tylko patrzeć, jak dołączy ona do tak zwanych „wojen zapomnianych”. Czegóż chcieć więcej?

Najnowsze