Strona głównaMagazynPrzyszłość obojga Konfederacji. Braun i Mentzen z Bosakiem zdominują scenę polityczną?

Przyszłość obojga Konfederacji. Braun i Mentzen z Bosakiem zdominują scenę polityczną?

-

- Reklama -

Opublikowane w „Najwyższym Czasie”, a przeprowadzone przez niżej podpisanego analizy wyborów prezydenckich z czerwca 2025 wykazały wyraźny i trwały podział polskiej sceny politycznej na dwa praktycznie równoliczne, a jednocześnie prawie całkowicie od siebie nawzajem odseparowane obozy. Nie jest to bynajmniej zaskakujące, bo o istnieniu tych „dwóch Polsk” publicyści polityczni piszą od bardzo dawna. Zawsze lepiej jednak, kiedy te czucia i wiary, nawet słuszne, zostaną niezależnie potwierdzone przez matematyczne szkiełko i oko.

Podział ten bynajmniej nie jest statyczny, a jego ewolucję można prześledzić z wyborów na wybory. O ile jeszcze dziesięć lat temu te dwa stronnictwa tworzyły jedynie dwa skrajne skrzydła w miarę ciągłego rozkładu politycznego, o tyle ostatnie wybory pokazały, że rozkład ten stał się już całkowicie dyskretny. Istnieją tylko te dwa odrębne plemiona i praktycznie nic pośrodku.

- Reklama -

W przeciwieństwie do niżej podpisanego, który aby dojść do tych merytorycznych wniosków, musiał mozolnie zestawiać ze sobą wyniki wyborów, tworzyć macierze zależności, liczyć korelacje i poziomy istotności, zawodowi politycy miewają wysoko rozwiniętą kompetencję, która pozwala im na dokonanie podobnych obserwacji niejako „na skróty”, bez żadnego aparatu matematycznego. Potrafią oni instynktownie wyczuć cechy, aspiracje, potrzeby i dążenia dużych grup elektoratu i tym samym odnosić sukcesy polityczne.

Jarosław Kaczyński, jeden z trzech w największym stopniu obdarzonych takim właśnie talentem ludzi w Polsce, nazwał kiedyś te dwa obozy „Polską socjalną” i „Polską liberalną”. Szczegółowa analiza matematyczna wykazała nadspodziewaną trafność tej intuicji.

Do „Polski socjalnej” należą najczęściej ludzie starsi, którzy przynajmniej fragment swojego życia zawodowego spędzili w PRL i w konsekwencji tego nasiąkli panującym wtedy przekonaniem, że „czy się stoi, czy się leży, to się zawsze należy”. To mieszkańcy prowincji wrogo nastawieni do światowej cywilizacji globalnej i żywiący nienawiść do reprezentującego ją języka angielskiego. To osoby o niskim statusie materialnym i często sentymentalnie przywiązane do polskiej kultury, tradycji i historii, ale zarazem słabo zainteresowane interesem publicznym Polski dzisiejszej. Przysłowiowi starsi, biedni, ze wsi i małych miasteczek.

Przeciwieństwem Polski socjalnej jest Polska liberalna. Młodzi, zamożni, z wielkich ośrodków, entuzjastycznie nastawieni wobec anglojęzycznej globalizacji, a często, choć bynajmniej nie zawsze, niechętni tradycyjnie rozumianej „polskości”, symbolizowanej przez szkolną naukę języka polskiego i demonstrujący pogardę wobec niej. Zainteresowani przy tym polityką i odwrotnie niż Polacy socjalni chętnie w niej uczestniczący, choćby poprzez uczestnictwo w wyborach.

Jak już wspomniano, podział ten jest dynamiczny i ewoluujący w czasie. Jeszcze przykładowo dekadę temu grupy te dzielił również poziom wykształcenia i inteligencji, ale obecnie akurat te różnice pomiędzy nimi się zatarły. Rekordowo przybyło najgłupszych, mających widoczne problemy nawet z prawidłowym oddaniem głosu wyborców w ostatnich wyborach – czego przykładem jest reprezentantka opcji liberalnej Magdalena Biejat.

W ostatnich wyborach prezydenckich kandydatami, którzy zyskali poparcie tej strony, byli także Hołownia, Senyszyn, Trzaskowski, Zandberg, a nawet niekojarzeni zazwyczaj z tą opcją Stanowski i Jakubiak. Stronnictwo socjalne było mniej zróżnicowane i składało się tylko z trzech pretendentów: Nawrockiego, Mentzena i Brauna.

Większość, z wymienionych tu osób nie reprezentowało w tej elekcji tylko siebie, ale przede wszystkim swoje partie polityczne. Głosujący wyborcy dawali więc tym samym wyraz swojemu poparciu bardziej nawet dla tych partii i ich programów niż dla samych tylko kandydatów. W przypadku Polski socjalnej były to odpowiednio PIS, KWIN oraz KKP Grzegorza Brauna.

Paradoks „Stana”

Paradoksem może się wydawać fakt, że Stanowski i Jakubiak, którzy przecież wcale nie ukrywali, że startują wyłącznie po to, żeby wspierać „socjalnego” Nawrockiego z PIS, zyskali poparcie głównie ze strony „liberalnej”. Było to jednak w sumie jedynie 2 proc. oddanych wtedy głosów. W drugą stronę paradoks jest zdecydowanie większy. 15 proc. głosów od Polski socjalnej uzyskał bowiem kandydat partii KWIN, mającej wcześniej program i tradycje bardzo liberalne i wywodzącej się przecież z ducha konserwatywnego, ale liberalizmu. Tymczasem w czerwcu 2025 roku wyborcy Mentzena tym tylko się różnili od wyborców Nawrockiego i Brauna, że byli od niech nieco młodsi – co nie znaczy że młodzi – i w przeciwieństwie do tamtych obojętni na tradycyjnopolskie klimaty.

Pisząc o liberalnym programie KWIN, autor użył czasu przeszłego. Obecnie bowiem liderzy tej partii, kierując się wspomnianym wyżej instynktem politycznym, wyciszyli tę część przekazu programowego, która by się ich nowemu, socjalnemu elektoratowi mogła nie spodobać. Nie ma już mowy ani o likwidacji „socjalu”, ani o wolnym rynku, ani nawet o likwidacji podatku spadkowego. W zamian partia KWIN akcentuje teraz te swoje postulaty, które nie stoją w jawnej sprzeczności z odziedziczonymi po PRL aspiracjami „socjalnych”.

Chociaż po stronie „liberalnej” startowało w wyborach prezydenckich wielu kandydatów, reprezentant PO był wśród nich zdecydowanym hegemonem, zbierając w pierwszej rundzie ponad 30 proc. głosów, podczas gdy pretendent drugi w kolejności, poniżej 5 proc. Z istnienia opisanych dwóch plemion politycznych wynika bowiem także istnienie miejsca na scenie politycznej tylko dla dwóch głównych partii. Wszelkie liczne historyczne próby zbudowania jakiejś „trzeciej siły” zakończyły się bowiem spektakularnymi porażkami, a ich pomysłodawcy albo w ogóle znikali z polityki, albo dołączali do któregoś z tych dwóch obozów. Stabilnie może bowiem istnieć tylko jeden polityczny hegemon po danej stronie duopolu oraz jego mające poparcie na poziomie co najwyżej kilku procent „przystawki” obsługujące jakieś niewielkie, niszowe fragmenty danego elektoratu, dla których mogą być akurat bardziej atrakcyjne niż aktualny lider. Tę rolę po stronie liberalnej pełni przykładowo partia „Razem”, mająca stabilne kilkuprocentowe poparcie ze strony bardzo specyficznej grupy społecznej, bez perspektyw jednak na jego znaczące zwiększenie.

Kiedy jednak aktualny hegemon danego obozu znajdzie się z jakiegoś powodu w kryzysie, możliwe jest skuteczne rzucenie mu wyzwania i zastąpienie go w tej roli. Tak właśnie swoją obecną pozycję uzyskali dzisiejsi hegemoni, PIS po stronie socjalnej i KO po stronie liberalnej, zastępując hegemonów poprzednich. I broniąc tej pozycji przed licznymi próbami jej odebrania, z których niektóre, jak Nowoczesna Ryszarda Petru, były nawet bliskie sukcesu.

Każda partia polityczna w Polsce ma więc do wyboru albo status przywódcy w którymś z tych dwóch obozów, albo rolę przystawki i w konsekwencji z czasem zniknięcie jako samodzielny podmiot polityczny. Po stronie liberalnej liderem jest obecnie KO, rolę posłusznej przystawki pełni Lewica, Razem okupuje swoją specyficzną, niewielką niszę, a PSL i Trzeciej Drogi już praktycznie nie ma.

Bój o hegemonię rozgorzał za to po stronie socjalnej. Na poniższym wykresie przedstawiono uśrednione wyniki sondażowe trzech „socjalnych” partii, w tym KWIN, od ostatnich wyborów parlamentarnych. Zaznaczono też wyniki wyborów prezydenckich. Zacieniowany obszar to zakres błędu przy 20 proc. poziomie ufności. Rzeczywiste poparcie znajduje się w tym polu z prawdopodobieństwem 80 proc.

Choć wszyscy trzej kandydaci strony socjalnej byli w sondażach przed wyborami prezydenckimi niedoszacowani, to nie dotyczyło to bynajmniej partii, które reprezentowali. Wszyscy trzej dostali prawie dokładnie tyle głosów, ile poparcia miały ówcześnie ich macierzyste stronnictwa. Jedynie Braun miał trochę więcej niż jego partia, ale wtedy dopiero ona startowała i nie dla wszystkich jego sympatyków skojarzenie partii i osoby lidera musiało być jeszcze oczywiste.

Hegemon się chwieje

Rezultat wyborczy pokazał jednak, że pozycja hegemona politycznego plemienia socjalnego, czyli PIS, została poważnie zachwiana. 15 proc. poparcia dla KWIN to zdecydowanie za dużo na bycie przystawką. I oczywiście PIS natychmiast przystąpił do kontrataku. Gdyby nadal sprawował władzę w państwie, można byłoby się spodziewać nawet policyjnych prowokacji wobec liderów KWIN, prób siłowego ich usunięcia, a drugi szereg działaczy próbowanoby zastraszyć, przekupić lub zaszantażować, aby przeszli oni do PIS i poparli jedynie słuszną linię i jej Prezesa.

Ponieważ jednak PIS władzy nie ma, zostały mu wyłącznie metody propagandowe i przekonywanie wyborców, że to PIS jest jedynym prawdziwym PISem, a tamci z KWIN to PIS fałszywy, nieprawdziwy, ukryci sojusznicy Tuska – dla wyborców socjalnych istnego symbolu liberalnego diabła wcielonego. Nie chcieli przecież owi kryptotuskowcy podpisać „prawicowej deklaracji”, zadeklarować, że mieszkanie jest prawem, a nie towarem, a sam Mentzen to osobnik bardzo podejrzany, niepoważny i niekompetentny. I tak w sumie miał on szczęście, że propagandyści PIS dobrali się tylko do jego stanu zdrowia. Gdyby PIS rządził, bez żadnych zahamowań zaatakowałby przecież również jego rodzinę, korzystając w tym celu nawet z podsłuchów telefonicznych. W końcu PIS już posuwał się nawet do medialnego upubliczniania gwałtów pedofilskich na dzieciach swoich wrogów.

KO swoje przystawki podporządkowuje sobie kulturalnie, łagodnie, w białych rękawiczkach. PIS zaś na chama, bezwzględnie i brutalnie. Tym razem odniosło sukces w tym sensie, że poparcie dla KWIN faktycznie zaczęło powoli spadać. Jednak nic z tego nie przepłynęło bynajmniej do PIS. Elektorat KWIN jest wszak nieco, ale jednak odmienny od elektoratu PIS i nie wymienia się z nim 1:1.

Inaczej jest w przypadku trzeciej partii socjalnej. W tej chwili poparcie dla ruchu Brauna nadal jest znacznie niższe niż poparcie dla KWIN, nie mówiąc już o PIS. Ale rośnie bardzo dynamicznie. Ten elektorat, jak wynika z poprzedniej analizy, jest od elektoratu PIS nieodróżnialny i właściwie z nim tożsamy. W konsekwencji Braun, choć pozornie jeszcze słabszy od KWIN, dla PIS jest potencjalnie znacznie groźniejszy. I PIS w jego zwalczaniu próbuje odmiennego podejścia. Zamiast walić młotem i siekierą, usiłuje zadusić w miłosnym uścisku. Tak, tak, program Korony to jest właściwie to samo co program PIS, sam Braun to wzór patrioty i na pewno ktoś, z kim warto rozmawiać. Na pewno wolimy jego od Tuska – w domyśle również od Mentzena. Dlatego nie ma sensu głosować na partię Brauna, skoro i tak wejdzie ona w koalicję z PIS i dlatego właściwie można głosować od razu na PIS.

I tu propaganda PIS wyłożyła się jednak całkowicie. Nastąpił bowiem faktycznie przepływ elektoratu, ale w… przeciwną stronę. Od września 2025 notowania PIS gwałtownie się załamały, a notowania partii Brauna wzrosły. Co prawda Braun zyskał mniej, niż stracił PIS, ale można domniemywać, że część dawnych zwolenników PIS jeszcze nieco się wstydzi jawnie deklarować swojej „zdrady”. Najwyraźniej więc Braunowi udało się to, na czym polegli Lepper, Giertych, Palikot, Gowin i Ziobro. Przekonał skutecznie „socjalnych” wyborców, że jest lepszym Kaczyńskim niż sam Kaczyński. I tym samym znalazł się na najlepszej drodze na przejęcie hegemonii po stronie socjalnej i zredukowanie PIS do roli swojej przystawki bądź nawet na usunięcie tej partii z polityki w ogóle. Tylko patrzeć, jak wraz z poparciem sympatyków do Brauna zaczną przepływać z PIS także jego działacze i struktury. Po raz pierwszy od 2005 roku zmiana lidera politycznego którejś z dwóch polskich plemion stała się realna.

Jednak lider zgodnie z samą logiką tego określenia może być tylko jeden. Skoro zostanie nim Korona, to wszystkie inne partie socjalne są skazane na rolę jej przystawek bądź w ogóle na niebyt. Dotyczy to również KWIN. Od początku ze względu na swoje mniejsze od Korony Brauna dopasowanie do preferencji Polski socjalnej, znajdowała się ona w gorszej pozycji do walki o status hegemona po tej stronie, a teraz już ta walka wydaje się rozstrzygnięta. Może więc KWIN liczyć co najwyżej na rolę przystawki. Czy jest jakaś alternatywa?

Pozycję hegemona socjalnego bądź liberalnego dane stronnictwo jak do tej pory zawdzięczało w dużej mierze posiadaniu przywódcy, który miał w wysokim stopniu rozwinięty instynkt polityczny pozwalający mu na wyczuwanie potrzeb elektoratu. Nawet wbrew bałamutnym wynikom przeróżnych analiz, sondaży i opinii samozwańczych „ekspertów”. Takim liderem był swego czasu Aleksander Kwaśniewski, który dzięki tej zdolności poprowadził SLD do dominacji na polskiej scenie politycznej. Kiedy jednak tylko znalazł się na emeryturze, potęga SLD runęła całkowicie. Znaleźli się ludzie, wspomniany już Kaczyński i Donald Tusk, którzy trafniej od lewicowych następców Kwaśniewskiego potrafili instynktownie wyczuć swoje elektoraty. I w 2005 roku nastąpiło w Polsce całkowite polityczne przejście fazowe. Powstał układ istniejący do dzisiaj. Jedyna próba, która miała realne szanse na jego zmianę – Nowoczesna Petru – nastąpiła wtedy, kiedy akurat Tusk na jakiś czas z polskiej sceny politycznej się usunął. Dzisiaj jednak zarówno Kaczyński, jak i Tusk wyraźnie odczuwają już swój wiek biologiczny (Kaczyński bardziej), popełniają coraz więcej błędów i otwiera się kolejne okienko możliwości na podobną jak w roku 2005, gruntowną zmianę. Po stronie socjalnej już się ona dokonuje, jak wyżej opisano, a jej beneficjentem, jak wszystko na to wskazuje, zostanie Grzegorz Braun, chyba że popełni on jakieś elementarne błędy, jak niegdyś Petru (Madera) albo PIS jakimś ostatnim nadludzkim zrywem znajdzie lidera, który będzie posiadał porównywalną z Kaczyńskim zdolność wyczuwania elektoratu i komunikowania mu tego, co on chce usłyszeć. Nikogo podobnego jednak w PIS nie widać.

Czas zatem również na zmianę po stronie liberalnej. SLD nie przeżyło odejścia Kwaśniewskiego i PIS nie przeżyje odejścia Kaczyńskiego. Nie jest również wieczna KO i ponowne odejście Tuska będzie również dla niej potężnym problemem. Także on nie ma bowiem żadnego oczywistego następcy, dorównującego mu instynktem.

Aby jednak zmiana hegemona nastąpiła, po stronie liberalnej dla tego elektoratu musi się pojawić projekt bardziej atrakcyjny od dzisiejszej KO. Na pewno nie jest tym projektem RAZEM, które nigdy nie przekroczyło samodzielnie tych kilku procent poparcia i którego „socjalnych” fiksacji, pasujących raczej do PIS, liberalny wyborca nie toleruje. Nie był też tym projektem, jak się okazało, Hołownia. Miejsce nadal jest więc wolne. I czeka. Może je więc wypełnić KWIN, jeżeli tylko znajdzie klucz do aspiracji tego elektoratu. Kiedyś już (wcale nie tak dawno) KWIN, jeszcze jako UPR i KORWIN, po tej stronie politycznej właśnie się znajdowało, choć nie potrafiło wtedy wyjść z roli przystawki. Zadanie to jest na pewno bardzo trudne, ale w przypadku sukcesu oznacza zdominowanie literalnie całej polskiej sceny politycznej od ściany do ściany przez obie Konfederacje. Zresztą dla nich obu miejsca po jednej stronie nie ma.

Jeżeli zaś tej luki KWIN nie zechce lub nie będzie potrafiła wypełnić, wcześniej czy później zrobi to ktoś inny. Podział polityczny jest bowiem tylko zewnętrznym przejawem głębokiego podziału społecznego, socjalno-liberalnego, który jest bardzo trwały i nie zmieni się znacząco w przewidywalnej przyszłości.

Najnowsze