Strona głównaMagazynOsaczony. Od lat walczy o możliwość leczenia dziecka. Postępowanie organów państwa budzi...

Osaczony. Od lat walczy o możliwość leczenia dziecka. Postępowanie organów państwa budzi przerażenie

-

- Reklama -

Mieszkaniec podbydgoskiego miasteczka od lat walczy o możliwość leczenia swojego dziecka. Postępowanie organów państwowych w jego sprawie budzi przerażenie, a sprawa pokazuje, do jakich konsekwencji prowadzi arbitralne odbieranie ojcu prawa do zajmowania się dzieckiem.

9-letni Miłosz (dla jego dobra nie podajemy nazwiska ani miejscowości, w której mieszka) chciałby przeprowadzić się do swojego taty, jednak bydgoski sąd mu to uniemożliwił. Zdaniem sędzi, na której biuro trafiła ta sprawa, chłopak powinien mieszkać z matką, a z ojcem widywać się tylko w weekendy. Poza tym obowiązki ojca mają się sprowadzać tylko do roli bankomatu. Mężczyzna nie ma nawet prawa, by sprawować opiekę medyczną nad swoim synem, choć dziecko bardzo jej potrzebuje.

- Reklama -

Kuriozalna decyzja

W 2020 roku pan Ariel (ojciec Miłosza) i jego matka zdecydowali się zakończyć wspólne życie. Pierwsze trzy lata chłopiec mieszkał z ojcem i dobrze się rozwijał. Nagle jednak matka zdecydowała się zabrać go do siebie. Sąd musiał więc rozstrzygnąć kwestię tzw. „kontaktów”. Pod tym pojęciem kryje się prawo rodzica do przebywania z dzieckiem, które mieszka z drugim rodzicem. Bydgoski sąd – jak można się było spodziewać – zdecydował, że Miłosz ma mieszkać razem z matką, a panu Arielowi przysługuje prawo spędzania z nim czasu w określone dni. Wyrok sądu jest laurką dla mężczyzny.

Czytamy w nim: „Uczestnik bardzo dobrze zajmuje się małoletnim, jest rodzicem bezsprzecznie niezwykle zaangażowanym we wszelkie sfery życia dziecka. Interesuje się wszelkimi jego aspektami, w tym rozwojem społecznym, zapewnia aktywność poza przedszkolem, realizuje z synem wspólne pasje, dba o jego rozwój hobby w różnych dziedzinach, jak kolejnictwo, architektura latarni morskich, instrumenty muzyczne”. Dokument ocenia zachowanie ojca jako wzorowe.

Po tym, gdy związek rodziców rozpadł się, mały Miłosz zaczął chorować. Lekarze zdiagnozowali u niego poważne problemy laryngologiczne, logopedyczne, wady postawy i narastającą otyłość. – Natychmiast wzbudziło to we mnie determinację, aby wyleczyć syna i zapewnić mu normalne, zdrowe dzieciństwo – opowiada pan Ariel. W czasie kiedy był z synem, zdecydował się na wizytę w przychodni. Lekarz zbadał Miłosza i doradził, jakie kroki podjąć, aby dziecko wyleczyć. I tu zaczął się problem. Wizyta stała się przyczyną kłótni rodziców. Na leczenie małego nie zgodziła się… jego matka. Skierowała do sądu wniosek o to, aby Miłosz mógł korzystać tylko z przychodni w miejscu zamieszkania. Sąd z urzędu musiał się tą sprawą zająć. I przyznał rację kobiecie.

W uzasadnieniu postanowienia, czytamy: „Ponieważ rodzice nie są w stanie dojść do porozumienia w sferze opieki medycznej nad małoletnim, do tego stopnia że nawet spierają się co do czasu podania leków, Sąd musiał uznać za zasadny wniosek strony wnioskującej o wyrażenie zgody zastępczej na zmianę przychodni zdrowia dla dziecka z uwzględnieniem rejonizacji i aktualnego miejsca zamieszkania matki”. Wynikało z tego, że Miłosz ma być leczony tylko w pobliżu miejsca, gdzie mieszka.

– Machnąłem na to ręką, bo nie jest to daleko ode mnie – wspomina pan Ariel. – Dla mnie najważniejsze było to, żeby syn był zdrowy, a to, w której przychodni będzie leczony, nie miało już dla mnie żadnego znaczenia. Aby uniknąć sytuacji, w której dalsze kłótnie między rodzicami będą miały wpływ na zdrowie dziecka, sąd zdecydował, że każda procedura medyczna dziecka, w czasie gdy przebywa z ojcem, wymaga zgody matki.

To doprowadziło do zupełnie nieoczekiwanego obrotu spraw. W sierpniu 2024 pan Ariel po raz kolejny zabrał syna do poradni wad postawy w Bydgoszczy. W zaświadczeniu lekarz z wieloletnim stażem napisał: „Pacjent pojawił się na planowanej konsultacji z tatą, która została zarejestrowana (…) po wizycie kontrolnej. Nie podjęto konsultacji ze względu na nieobecność matki”. Takich zaświadczeń w aktach sprawy jest jeszcze kilka. Wynika z nich, że pan Ariel i mały Miłosz ciągle tracą czas, chodząc do lekarzy na konsultacje, które nie mogły się odbyć z uwagi na chroniczną nieobecność matki chłopca.

Wbrew mężczyźnie

W praktyce więc ciągła nieobecność matki na konsultacjach uniemożliwia leczenie chłopca. Stan Miłosza zamiast się poprawiać, ulega pogorszeniu. Za to akta sądowe pęcznieją od zaświadczeń o nieodbytych, a umówionych wizytach lekarskich i pismach zawierających pretensje matki. Odmawiając panu Arielowi samodzielnego podejmowania decyzji o leczeniu chłopca, bydgoski sąd napisał w uzasadnieniu: „W sytuacji zaparcia dziecka uczestnik zamierzał konsultować dziecko nie tylko u lekarza sądowego, ale jeszcze dodatkowych dwóch specjalistów”. Co złego jest w tym, że ojciec, chcąc pomóc choremu dziecku, konsultuje się z większą ilością lekarzy? – na to pytanie sąd nie odpowiedział.

Skąd zaś powziął informację o tym, że tych konsultacji jest tak dużo? Z pisma matki chłopca, która potraktowała to jako argument przeciwko byłemu partnerowi. Lekarze jednak tych konsultacji nie potwierdzili – wszystkie te informacje były wyssane z palca. Kobieta kłamała. Sędzia nie zdecydował się jednak złożyć zawiadomienia o składaniu fałszywych zeznań ani o tworzeniu fałszywych dowodów. Potwierdziła to nam rzeczniczka bydgoskiej prokuratury Agnieszka Adamska-Okońska.

Pan Ariel od wielu miesięcy walczy z kuriozalnym problemem: próbuje przekonać sędzię z Wydziału Rodzinnego bydgoskiego sądu, by ta pozwoliła mu leczyć coraz bardziej chorego chłopca samodzielnie, bez konieczności uzyskiwania zgody matki na każdą wizytę. Bydgoski sąd nie chce się na to zgodzić. W rezultacie pan Ariel nie może zgodnie z prawem pomóc dziecku, którego stan jest coraz gorszy. Sąd uznał, że matka pełni rolę tzw. „rodzica wiodącego” i jej przysługuje główna decyzja.

Wielkie fałszerstwo

Za zgodą sądu przejrzeliśmy akta sprawy. Widać z nich, że bydgoski sąd łatwo daje się manipulować matce chłopca, przyjmując jako pewnik wszystkie jej twierdzenia. Wielotomowy proces roi się od dokumentów wydawanych przez lekarzy, specjalistów, biegłych oraz pracowników tzw. OZSS (Opiniodawczy Zespół Specjalistów Sądowych). Pokazują, jak straszliwa machina biurokratyczna, stworzona przez państwo po to, aby pomagać rodzinie, nie radzi sobie z prostym problemem zapewnienia ojcu prawa do leczenia własnego dziecka (!). Dokumenty pisane niezrozumiałym językiem roją się od sprzeczności, niejasności i zwykłych głupot. Pokazuje to z jednej strony komediową niemoc tych urzędów, z drugiej szkodliwość funkcjonowania tej rodzinnej biurokracji co do zasady, po trzecie wreszcie i najważniejsze – tragedię niewinnego dziecka. Ale pokazuje coś jeszcze: koszmarną dyskryminację ojca w postępowaniu sądowym. Bydgoski sąd ma w aktach dowody – głównie zaświadczenia lekarskie potwierdzające, że pan Ariel perfekcyjnie zajmował się synem i robił wszystko, by dbać o jego zdrowie (dopóki mu tego nie umożliwiono). Ma też zaświadczenia o konsultacjach, które nie odbyły się z powodu niestawiennictwa matki. Mimo tego wszystkie sporne kwestie rozstrzyga na korzyść matki.

Kasa, misiu, kasa

Z czego wynika ten problem? Można oczywiście rozwodzić się nad absurdalnym systemem opieki sądowej lub deliberować nad niedojrzałością rodzicielską. Jednak systemowa przyczyna tkwi w czym innym: polskie prawo przewiduje sytuację, kiedy sąd musi zwiększyć wysokość comiesięcznych alimentów. To między innymi choroba dziecka. Czyli jednemu z rodziców opłaca się doprowadzić do sytuacji, w której syn czy córka podupadną na zdrowiu, bo wtedy można pójść do sądu, żeby ten podwyższył alimenty.

Oczywiście system chcący opiekować się rodziną wbrew jej woli nie stworzył mechanizmu kontroli tego, w jaki sposób wydawane są pieniądze z alimentów i czy trafiają na leczenie dziecka (a nie np. na alkohol). Stwarza to więc pokusę, by zdrowie dziecka traktować jako kartę przetargową w walce z byłym partnerem o wysokość alimentów. A to z kolei stwarza pokusę do tego, by dziecko zaniedbywać, bo chore daje możliwość „oskubania” faceta z większej gotówki niż zdrowe. Idiotyczne prawo, stworzone pod dyktando feministek, mści się więc na zdrowiu dzieci.

Najnowsze