Strona głównaGŁÓWNYNadwiślańska szara strefa. Jak okaleczane są polskie dzieci?

Nadwiślańska szara strefa. Jak okaleczane są polskie dzieci?

-

- Reklama -

Nowa Zelandia właśnie podjęła krok, który wielu rodziców i ekspertów wita z ulgą. Jest to też zmiana, której potrzebujemy w Polsce. 19 listopada tego roku minister zdrowia Nowej Zelandii Simeon Brown ogłosił bowiem nowe ograniczenia w przepisywaniu blokerów dojrzewania – leków stosowanych do „zmieniania płci” u dzieci i nastolatków. Od grudnia lekarze w Nowej Zelandii nie mogą już wystawiać nowych recept na te środki dla osób poniżej 18. roku życia, które doświadczają dysforii płciowej, czyli wstrętu lub nienawiści do własnego ciała.

W Polsce jednak mało kto wie – nie jest to bowiem temat nagłaśniany w mediach i polityce – iż tysiące dzieci przechodzą i u nas tzw. tranzycję. Ta rozpoczyna się bowiem często na zamkniętych grupach w Internecie, a lekarze, którzy na niej zarabiają, wmawiają rodzicom, że jest ona konieczna.

Wzór dla Polski

W Nowej Zelandii zmiana weszła w życie poprzez nowelizację ustawy o lekach z 1981 roku, która to ustawa miała zapewnić, że wszystkie leki dostępne w Nowej Zelandii są bezpieczne, skuteczne i odpowiednio kontrolowane. Ustawa wymagała od producentów leków dowodów na ich jakość, bezpieczeństwo i efektywność przed wprowadzeniem na rynek. Jedna z sekcji pozwalała jednak lekarzom na przepisywanie dowolnego leku – nawet niezatwierdzonego w Nowej Zelandii – dla pacjenta, który pozostawał pod lekarską opieką.

W praktyce oznaczało to, że blokery dojrzewania (analogi GnRH) zatwierdzone np. do leczenia przedwczesnego dojrzewania czy endometriozy, mogły być przepisywane dzieciom z dysforią płciową bez żadnych dodatkowych badań. To właśnie ta luka w Medicines Act 1981 umożliwiła gwałtowny wzrost liczby transowanych dzieci. Kraj stał się jednym ze światowych liderów w tym zakresie – wskaźniki były wyższe nawet niż w Wielkiej Brytanii. Lekarze pod wpływem aktywistów masowo sięgali po blokery, twierdząc, że ich działania są „odwracalne” i „ratują życie”. Brakowało jednak solidnych dowodów na bezpieczeństwo długoterminowe: wpływ na kości, mózg, płodność czy zdrowie psychiczne.

Teraz to się zmieni, a nowe recepty na blokery nie będą już dzieciom wystawiane. Proces decyzyjny zaczął się zaś od działań Ministerstwa Zdrowia z Nowej Zelandii, które w 2024 przeanalizowało dane, które wspierać miały sensowność podawania dzieciom blokerów. Dowody na to, iż takie „leczenie” pomaga, okazały się słabe. Ministerstwo Zdrowia oparło się na systematycznych przeglądach z ostatnich lat, w tym z Wielkiej Brytanii, które pokazują, iż blokery nie poprawiają zdrowia psychicznego, a twierdzenia o „ratowaniu życia” przed samobójstwem to mit.

Zmiana, która uderza w podstawy ideologii gender, jest oczywiście świętowana przez konserwatywnych polityków z Nowej Zelandii. „To zwycięstwo zdrowego rozsądku nad aktywistami, którzy demonizują rodziców i cenzurują naukę, by pasowała do ich narracji” – podkreśla teraz nowozelandzka prawica. Również organizacje, które sprzeciwiają się ruchom trans, podkreślają, iż ban na blokery dla nastolatków „to krok ku ochronie dzieci przed eksperymentalnymi lekami bez długoterminowych danych o bezpieczeństwie”. Niezadowoleni są oczywiście sami aktywiści gender i skrajna lewica, której działacze od lat twierdzą, iż dojrzewanie jest – dla tzn. „transseksualnych dzieci” – szkodliwe samo w sobie.

Takie jest bowiem centralne założenie, o które opiera się wczesna tranzycja: jeżeli dziecko twierdzi, iż urodziło się w nie swoim ciele (cokolwiek miałoby to de facto znaczyć), to trzeba mu pozwolić dojrzewanie zatrzymać. Dziecko nie różni się więc w tych wyobrażeniach od gry komputerowej, w której gracz wciska przycisk pauzy, by zmienić swój awatar. Człowiek nie jest jednak grą, ciała nie można sobie dowolnie wybrać, a skutki blokerów są trwałe. Dla niektórych ich ofiar oznaczają one bezpłodność, obniżone IQ i wyniszczony kościec.

Szara strefa

W Polsce, w której brakuje ścisłych regulacji prawnych i medycznych dotyczących tranzycji płciowej u osób poniżej 18. roku życia, proces ten jest – wbrew temu, co twierdzą aktywiści gender – jest dość prosty. Największa pewnie różnica między nami a Nową Zelandią sprzed paru tygodni leży w otwartości procesu. W Nowej Zelandii lekarze wprost reklamowali, iż pomagają nieletnim „zmieniać płeć”, a w Polsce wszystko to dzieje się bez reklamowego hałasu. Ostatecznie, nawet lekarze, którzy dopuszczają się tego procederu w naszym kraju, rozumieją, że lepiej jest to wszystko robić po cichu.

W Polsce wczesna tranzycja opiera się na luźnych wytycznych, prywatnych konsultacjach i modelu „afirmującym”, który stawia tożsamość płciową ponad biologicznymi faktami i zdrowiem dziecka. To podejście inspirowane zagranicznymi trendami ułatwia rozpoczęcie tranzycji społecznej i medycznej, w tym podawania blokerów. Szacunki pokazują więc, iż nawet kilkanaście procent nieletnich, którzy nienawidzą swojego ciała, zaczyna hormony przed pełnoletnością, a podobna lub większa ich liczba przyjmuje blokery.

Od marca 2025 roku procedura „uzgodnienia płci” została też uproszczona uchwałą Sądu Najwyższego: odbywa się w trybie nieprocesowym, bez pozywania rodziców. Uproszczona procedura zmienia więc tzw. płeć metrykalną – tę w dokumentach. Medycznie proces opiera się zaś na zaleceniach ekspertów inspirowanych modelem holenderskim, z silnym naciskiem na akceptację deklarowanej płci bez głębszej analizy. Blokery przepisuje się poza zarejestrowanymi wskazaniami – normalnie trafiałyby one tylko do dzieci, które o wiele, wiele za wcześnie zaczęły dojrzewać. Takie też jest ich sensowne zastosowanie – nie ma bowiem potrzeby, dajmy na to, by kilkuletnia dziewczynka przechodziła przez swój pierwszy okres.

Polskie dzieci dostają blokery w II etapie dojrzewania (ok. 10–12 lat) po diagnozie psychiatrycznej i konsultacji endokrynologa dziecięcego. Diagnoza jest w wielu przypadkach symboliczna, tak działa bowiem wspomniany wyżej model afirmacji: jeżeli dziecko mówi, że jest innej płci, to eksperci zakładają, że tak jest. Często wystarczy więc zaświadczenie o dysforii, by dziecko dostało leki hamujące rozwój, by zostało chemicznie wykastrowane. Użycie tego określenia nie jest też żadną przesadą: tranzycja prowadzi bowiem do niedorozwoju albo zaniku narządów płciowych, a te same substancje, które podaje się dzieciom w tranzycji, podaje się też np. skazanym gwałcicielom, by… wykastrować ich chemicznie.

Mroki Internetu

W praktyce wczesna tranzycja wygląda więc w Polsce tak: najpierw „rozpoznaje się” u nieletnich transseksualizm. Wystarczy z reguły, że nastolatek czy rodzice zauważą dysforię – występującą często pod wpływem Internetu czy stresu dojrzewania. Młodzi ludzie, którzy – właśnie przez to, iż przebywają chronicznie online – wiedzą również, dokąd się udać, by nigdy nie skonfrontować się z opinią inną niż ta afirmująca gender. W Internecie prężnie działają wszak grupy działaczy skrajnej lewicy, którzy wpychają dzieci w labirynt transowej ideologii.

W „otwartym” Internecie działacze ci skupiają się np. wokół takich stron jak tranzycja.pl. Strona oferuje kontakt z aktywistami i specjalistami-aktywistami, którzy bardzo chętnie przekierują dziecko do psychologa, który wystawia pozytywne diagnozy. Eksperci z tranzycja.pl wierzą bowiem, iż nawet kilkulatek może poprawnie rozpoznać u siebie transseksualizm i afirmacja to u nich pozycja wyjściowa.

W „zamkniętych” dla oczu społeczeństwa zakamarkach Internetu działają natomiast grupy na Facebooku i Discordzie (oraz na innych platformach), które tworzą specjalną sieć rekomendacji. Największą z nich jest Grupa Wsparcia (sic!) dla Osób Transpłciowych, która na Facebooku zrzesza ponad 13 tysięcy zwolenników ideologii gender. Jeżeli trafia do niej nieletni, który swoim ciałem się brzydzi, to czeka na niego cała rzesza specjalistów, którzy opinię o transseksualizmie wystawią mu nawet na pierwszej wizycie online. Jeżeli natomiast rodzice dziecka nie są jeszcze przekonani do ideologii gender, to do nich odzywają się inni aktywiści, którzy wciągają ich do specjalnych grup dla rodziców, gdzie jedyną dozwoloną wizją jest potwierdzanie nowej tożsamości potomka. Na obu typach grup istnieją nawet listy lekarzy z każdego regionu, którzy za kilkaset złotych ułatwią wczesną „zmianę płci”.

Zaświadczenie o dysforii – rozumiane często jako tożsame z transseksualizmem, choć występujące u wielu ludzi z różnymi problemami psychicznymi – otwiera drzwi do blokerów. Potem nie ma już często odwrotu i dziecko zostaje okaleczone na zawsze. Jest to o tyle tragiczne, iż badania pokazują, że większość nastolatków cierpiących na dysforię zwyczajnie z niej wyrasta. Dojrzewanie jest więc lekiem na tego rodzaju problemy, a lekiem nie jest blokowanie dojrzewania.

Odpowiednia zmiana

W Polsce dałoby się też zakazać takiego okaleczania nieletnich. Najłatwiejszy sposób na taki zakaz to zmiana ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty z 1996 roku. Ustawa ta – oddając ją w prostych słowach – mówi, co mogą robić lekarze. A mogą oni leczyć, diagnozować choroby, zapobiegać im i wydawać pacjentom opinie. Muszą też mieć odpowiednie kwalifikacje oraz działać etycznie i ostrożnie, na każde leczenie wydając ugruntowaną medycznie zgodę. Ustawa ta jednak pozwala dawać blokery i hormony dzieciom poza ich pierwotnymi wskazaniami. Jeżeli leki są bowiem dopuszczone do konkretnego użytku, to dany lekarz może „nieortodoksyjnie” rozszerzyć jego zakres. W ten właśnie sposób blokery, które miały hamować o wiele za wczesne dojrzewanie w rzadkich przypadkach, trafiają do nowej grupy pacjentów: do dzieci z dysforią.

Obecnie trwają też próby zakazu wczesnej tranzycji w Polsce – pracuje nad nimi Ordo Iuris. Jeżeli jednak obecny rząd odrzuci projekt ustawy, który złożyli katoliccy prawnicy, eksperymenty na dzieciach trwać będą dalej. I bez odpowiedniego nagłośnienia tematu w następnym rządzie sprawa może zostać zapomniana na długie lata…

Najnowsze