W dniu 4 grudnia 2025 roku Amerykanie opublikowali nową „Strategię Bezpieczeństwa Narodowego”, sygnowaną przez Donalda Trumpa. Czytamy w niej, że Unia Europejska ulega na naszych oczach pogłębiającej się degradacji i tendencjom ograniczającym wolność słowa, czyli coraz bardziej zaciska pętlę cenzury politycznej. Szokujące? Przesadzone?
Można byłoby o tym dyskutować, gdyby dzień później, 5 grudnia, Komisja Europejska nie nałożyła na należący do Elona Muska portal X kary 120 milionów euro, między innymi za niedostateczną cenzurę polityczną i za nieudostępnianie prokuratorom unijnym danych użytkowników posługujących się „mową nienawiści”, czy też publikujących antyukraińskie i prorosyjskie treści. W ten sposób socjalistyczna Komisja Europejska ostentacyjnie potwierdziła zarzuty stawiane jej przez Trumpa.
Nie potrafię powiedzieć, czy ta zbieżność dat była przypadkowa, czy też celowa. Bez wątpienia Trump swoją „Strategię” miał gotową już wcześniej, a 4 grudnia jedynie ją upubliczniono. Równie oczywiste jest, że socjalistyczna Komisja Europejska decyzję i uzasadnienie pisemne kary nałożonej na portal X miała już wcześniej. Być może Ursula von der Leyen zaatakowała amerykańską korporację celowo jako odpowiedź na „Strategię”, która elitce rządzącej na europejskich „salonach” wyjątkowo nie przypadła do gustu. Na pytanie o przypadkowość lub celowość tej czasowej koincydencji trudno mi odpowiedzieć.
Co innego jest ważne: Unia Europejska i Stany Zjednoczone są w stanie głębokiego konfliktu. Gdy Trump mówi o panującym w Unii Europejskiej socjalizmie i zamordyzmie, a także o upadku tzw. wartości transatlantyckich, wtedy w Brukseli sugerują, że amerykański prezydent jest agentem Putina i sam jest zdrajcą wartości transatlantyckich. Pomiędzy Europą i USA mamy rodzaj zimnej wojny. Co więcej, to nie jest jej kulminacja, lecz początek. Konflikt będzie eskalował na rozmaitych polach: o wolność słowa, o handel światowy, o protekcjonizm, o Ukrainę, o stosunek do Rosji, o religię klimatyzmu (tzw. wiechosławie), a nawet o stosunek do chrześcijaństwa i ilości płci biologicznych.
Jako unijny „niepatriota” uważający Unię Europejską za biurokratycznego potworka tłumiącego wolności gospodarcze, polityczne i obywatelskie, a także niszczącego celowo religię, patriotyzm, narody i państwa narodowe, będę w tym sporze oczywiście popierał tandem Trump-Musk przeciwko Ursuli von der Leyen, Emmanuelowi Macronowi, Friedrichowi Merzowi i Donaldowi Tuskowi (o małżonku Anne Applebaum nawet nie wspomnę).
Odnowienie Doktryny Monroe
Jest to dla mnie nowa linia geopolityczna, ponieważ zawsze odnosiłem się do Stanów Zjednoczonych z wrogością. Nie dlatego że państwo to się nazywa jak nazywa czy też z powodu jakiejś fobii. Od upadku bloku wschodniego Waszyngton był centrum światowej globalizacji ekonomicznej i ideologii globalizmu. Lewicowy krytycy tych idei często rysowali układ światowy jako zaczerpnięty od św. Tomasza model ustroju mieszanego, złożonego z monarchii (USA jako światowy hegemon i żandarm globalizmu), arystokracji najsilniejszych państw (grupa G7) i niemającej nic do powiedzenia demokracji (pozostałe państwa). W imię globalizmu Amerykanie prowadzili liczne wojny napastnicze (Serbia, druga wojna iracka, Libia etc.) i narzucali całemu światu swoją hegemoniczną ideologię demokracji, liberalizmu, praw człowieka i LGBT. W sytuacji gdy Trump ogłasza, że interesuje go odnowienie Doktryny Monroe, czyli regionalna hegemonia nad Ameryką Łacińską, a ideologię globalizmu traktuje jako ideologicznego wroga i pisze o obronie państwa narodowego (ang. Nation-State), znalazłem się z nim po jednej stronie geopolitycznej.
Co więcej, w „Strategii” czytamy, że ochłodzenie Stanów Zjednoczonych z Unią Europejską wynika z odrzucenia przez Waszyngton globalizmu, podczas gdy Bruksela głosi „euroglobalizm”, czyli karykaturalną i zminiaturyzowaną wersję tej ideologii. Mogę się nie zgadzać z amerykańskim prezydentem co do Izraela i Strefy Gazy, ale polskie interesy są mi bliższe, a tym zagraża „euroglobalizm” wprost głoszący zwinięcie Państwa Polskiego poprzez przekształcenie go w prowincję Sacrum Imperium Europeaum, co uskutecznia na naszych oczach Donald Tusk.
Sojusz z USA i reset z Rosją albo zanik Polski w UE
Co więcej, Trump dokonuje także intelektualnej dekonstrukcji tradycyjnej wrogości do Rosji. Zawsze twierdziłem, że kapitulancka polityka Jarosława Kaczyńskiego i jego kamaryli wobec Brukseli jest funkcją obsesji antyrosyjskiej. Należało całować klamki w Brukseli i Waszyngtonie, gdyż rzekomo Polsce Rosja zagraża militarnie i tylko czyha na moment do agresji. Nigdy tego zagrożenia nie widziałem, a gdyby miało ono mieć miejsce, to raczej w wyniku prowokacyjnej polityki antyrosyjskiej z Warszawy. Nastroje antyrosyjskie w Polsce były starannie podsycane przez – nazwijmy to amerykańskie i niemieckie „kanały wpływu” – gdyż powodowały uległość Polski wobec Berlina, Brukseli i Waszyngtonu. Gdy Trump ogłosił przejście z Rosją od wrogości do partnerstwa przy jednoczesnym narastaniu konfliktu USA – UE, sytuacja geopolityczna Polski uległa zmianie. Kaczyński i otaczająca go ekipa próbuje ten fakt ignorować i wypierać, ale mamy dziś alternatywę następującą: albo sojusz z USA przy resecie z Rosją, albo zgoda na zanik Polski w federalnej Europie. Tertium non datur.
Stąd też ci, którzy twierdzą, że popieranie Trumpa i Muska to de facto popieranie Putina, w pewnym sensie mają rację. Nie będąc rusofobem, osobiście nie mam z tym problemu, gdyż – ponownie odwołując się do nowej „Strategii Bezpieczeństwa Narodowego” – popieram nowe partnerstwo USA z Rosją przeciwko socjalistycznemu potworkowi kierowanemu z Brukseli. Chodzi przecież o destrukcję Unii Europejskiej i odzyskanie przez Polskę suwerenności tak narodowej, jak i od bizantyjsko-unijnego etatyzmu.
Reasumując, w dniach 4 i 5 grudnia 2025 roku Unia Europejska i Stany Zjednoczone wypowiedziały sobie „zimną wojnę” i mamy okazję, aby na niej skorzystać. Tylko czy autochtoniczna elitka infantylno-agenturalna będzie zdolna do wykorzystania okazji?