Właściciele baru w szwajcarskiej miejscowości Crans-Montana, gdzie w sylwestrową noc doszło do tragicznego pożaru, zapadli się pod ziemię. Francuska para, przeciwko której prokuratura wszczęła już śledztwo, zniknęła bez śladu.
Szwajcarska policja i prokuratura kantonu Valais oficjalnie poinformowały o wszczęciu postępowania przeciwko 49-letniemu mężczyźnie i 40-letniej kobiecie – obywatelom Francji, którzy prowadzili lokal.
Są oni podejrzani o nieumyślne spowodowanie śmierci wielu osób, uszczerbku na zdrowiu oraz pożaru w wyniku rażących zaniedbań. Według portalu dziennika „Blick”, miejsce pobytu pary nie jest znane. Dziennikarze ustalili również, że właściciele skasowali z internetu zdjęcia baru wykonane po remoncie.
Na fotografiach widać chociażby zwężone schody i inne modyfikacje utrudniające ewakuację. Oczywiście właściciele baru mogli te zdjęcia usunąć co najwyżej ze swoich kont. Powszechnie wiadomo, że w internecie nic nie ginie, więc kopie się zachowały.
Voici les photos de la rénovation du constellation bar à Crans Montana :
– Sortie / entrée grandement réduite en largeur
– Mousse acoustique inflammable comme de l’essence directement collée sur le papier craft de la laine de roche
– Murs en bois pic.twitter.com/xzAm2P7OV3— nolan (@nolan_vnc) January 2, 2026
Szwajcarska prokuratura oficjalnie wszczęła śledztwo przeciwko właścicielom lokalu w którym w pożarze zginęło 40 osób a 121 zostało rannych. Właściciele to obywatele Francji. Media informują, że obije po przesłuchani zniknęli.
Właściciele są podejrzani o nieumyślne spowodowanie… pic.twitter.com/C7djnU6A05
— Służby w akcji (@Sluzby_w_akcji) January 4, 2026
Media donoszą ponadto o nieciekawej przeszłości właściciela baru. Jak podał dziennik „Le Parisien”, 30 lat temu mężczyzna był notowany przez francuski wymiar sprawiedliwości w sprawach dotyczących sutenerstwa, a dekadę później aresztowano go w związku z oszustwem i uprowadzeniem.
Źródła policyjne zaznaczają jednak, że w późniejszych latach nie był wiązany z przestępczością zorganizowaną.
Śmiertelna pułapka
Z pierwszych ustaleń śledczych wyłania się obraz serii fatalnych błędów, które doprowadziły do katastrofy. Bezpośrednią przyczyną pożaru były iskry z zimnych ogni przymocowanych do butelek szampana. Ogień błyskawicznie zajął nisko zawieszony sufit, który wykończono łatwopalną pianką izolacyjną służącą do wygłuszenia sali.
Lokal stał się pułapką bez wyjścia. Młodzi ludzie płonęli żywcem lub dusili się dymem, a ucieczkę uniemożliwiały wąskie przejścia i zamknięte drzwi ewakuacyjne. Dramatyczną relację złożył 19-letni Włoch Gianni Campolo, który wraz z ojcem ruszył na ratunek.
– Szukaliśmy wyjścia ewakuacyjnego, ale znaleźliśmy tylko służbowe, oszklone drzwi. Nie miały mechanizmu bezpieczeństwa. Przywarło do nich kilkanaście osób, które chciały wyjść, ale nie mogły, bo drzwi były zamknięte – relacjonował Campolo. Mężczyznom udało się je wyważyć, dzięki czemu uratowali około 20 osób.
Media zwracają uwagę na kolejne nieprawidłowości: lokal posiadał licencję jedynie na serwowanie jedzenia i alkoholu, a nie na prowadzenie dyskoteki. Mimo to organizatorzy obiecywali „szalone tańce do rana”, a na imprezę wpuszczono wiele osób niepełnoletnich.
Tragiczny bilans i trudna identyfikacja
Bilans pożaru jest wstrząsający: zginęło 40 osób, a 121 zostało rannych, w tym obywatel Polski. Stan wielu poszkodowanych jest krytyczny. Część z nich, w tym obywatele Włoch, przeszła operacje w szpitalach w Mediolanie.
Władze Szwajcarii i Włoch potwierdziły tożsamość pierwszych 11 ofiar. To ośmiu Szwajcarów w wieku od 16 do 24 lat oraz trzech 16-letnich Włochów. Ze względu na stan ciał, proces identyfikacji pozostałych ofiar będzie długotrwały i w wielu przypadkach wymaga badań DNA. Nie ustalono również tożsamości pięciu ciężko rannych osób.
Świadkowie tragedii wspominają szokujące zachowania części uczestników imprezy. – Widzieliśmy, jak pojawiły się płomienie i spadały odłamki sufitu. Nikt nie przestał tańczyć, ludzie nagrywali ten spektakl telefonami – powiedział 21-letni Liam. – Filmowałem to tylko przez kilka sekund, a potem uciekłem. Niestety inni nagrywali płomienie o kilka sekund dłużej – dodał inny ocalały.